17 lutego 2015

Stracone złudzenia Honore de Balzac

Stracone złudzenia - wydawnictwo Gazety Wyborczej, ilość stron 605, tłumaczenie Tadeusz Boy-Żeleński

Przeczytawszy Stracone złudzenia nie potrafię już nazwać Balzaca pisarzem dziewiętnastowiecznym. Historia rozgrywająca się na kartach powieści przedstawiona została co prawda w scenerii epoki, (w której królują muślinowe suknie, nankinowe spodnie i gustowne fraczki), jednak stosunki międzyludzkie oraz obraz natury człowieka łaknącego sukcesu stanowi odbicie rzeczywistości nie tej sprzed lat dwustu (a przynajmniej nie tylko), ale tej całkiem nam bliskiej. 

Na powieść składają się trzy części (Dwaj poeci, Wielki człowiek z prowincji w Paryżu, Cierpienia wynalazcy), z których każda mogłaby stanowić odrębną całość. 
Stracone złudzenia to obraz Francji (reprezentowanej przez stołeczny Paryż i prowincjonalne Angouleme) w czasach Restauracji. 
Młody, zdolny i pełen uroku poeta pragnąc zdobyć sławę i fortunę z naiwnością i zachłannością dziecka rzuca się w wir romansu ze starszą, zamężną i ustosunkowaną kobietą. Porzucony z obawy przed śmiesznością związku z człowiekiem, który nie potrafi się odpowiednio zaprezentować Lucjan popada w nędzę. Owładnięty pragnieniem wydania powieści (której od nikomu nieznanego poety nikt nie chce nie tylko kupić, ale nawet przeczytać), a także żądzą zemsty decyduje się podjąć pracę dziennikarza, mimo ostrzeżeń "przyjaciela", który ukazuje mu kulisy fachu. Lucjan zaślepiony żądzą przyszłej sławy chce wspiąć się na szczyt jak najszybciej, oddałby duszę diabłu, cóż zatem szkodzi ubrudzić trochę ręce. 
Cóż z tego, że Dziennikarstwo to piekło, otchłań niesprawiedliwości, kłamstwa, zdrady, której nie można przejść i z której nie można wyjść czystym, chyba mając za przewodnika, jak Dante laur Wergilego. (str.207)
Nie przekonują żadne argumenty, kiedy na horyzoncie majaczy możliwość odwetu na niedoszłej kochance i jej towarzystwie. 
„Przyjaciel” przestrzega Wmieszasz się z konieczności w straszliwe walki dzieł, ludzi, partii, gdzie trzeba się bić systematycznie, aby nie być opuszczonym przez swoich. Te niegodne walki wyczerpują duszę, każą serce i zużywają je, wysiłki twoje służą często na to, aby uwieńczyć człowieka, którego nienawidzisz, jakiś półtalencik, który ty wbrew woli musisz wynosić pod niebiosy. Życie literackie ma swoje kulisy. Sukces kradziony, czy zasłużony, spotyka się z poklaskiem; środki zawsze wstrętne, komparsi otoczeni glorią, klakierzy i posługacze, oto co kryją kulisy. Jesteś dotąd na sali widzów. Jeszcze czas, cofnij się, nim postawisz nogę na pierwszy stopień tronu, gdzie walczy z sobą tyle ambicji, nie paskudź się, jak ja, aby żyć. (str.221)
Cóż jednak znaczą wszelkie argumenty, co znaczą oszustwa, kupowanie poparcia, fałszywe recenzje, niszczenie kariery, czy życia człowieka (przyjaciela nawet), jeśli nagrodą jest kolejny szczebelek drabiny i przyszła sława. Lucjan jest młody i niedoświadczony, naiwny i nienasycony. Dlaczegóż miałby przejmować się jedną podłością więcej, skoro obdarcie najbliższych ze wszystkich pieniędzy nie wywarło na nim najmniejszego wrażenia. A skoro, jak mówi przyjaciel aby żyć, każdy musi pogrążyć się w tym bagnie nieuczciwości, przekupstwa, kłamstwa, podłości, sprytu, Lucjan nie widzi powodu do wahań. Przecież – jak mówi „przyjaciel” Nie sądź, że świat polityki jest o wiele piękniejszy niż literacki; tu i tam wszystko jest przekupstwem, każdy albo kupuje, albo sprzedaje się (str.222)
Balzac odsłania coraz to nowe kulisy fałszu; w teatrze, gdzie o sukcesie sztuki decyduje nie jej wartość, ale odpowiednia recenzja (kupiona ilością sprezentowanych lóż czy biletów), klaka, odpowiedni kochanek wreszcie; w literaturze, gdzie, aby wydać książkę trzeba dobrze przekupić wydawcę; świecie handlu, gdzie silniejszy zwalcza konkurencję wszelkimi sposobami dbając jednocześnie, aby słaba nie upadła, bowiem następca może okazać się zbyt silnym i groźniejszym rywalem niż zwalczony konkurent. 
Ta sława tak upragniona, jest prawie zawsze koronowaną nierządnicą. (Str.223)
Hasła równości i braterstwa, jakie jeszcze niedawno przyświecały rewolucji dawno legły w gruzach, a ci, którzy powoływali się na jej idee teraz szukają szlacheckich przodków. Opis początków epoki, w której rządzi kapitał jak nic przypomina obraz tego, co dzieje się dzisiaj w naszym kraju. Nieuczciwość, przekupstwo, fałsz, zmienianie zdania w zależności od potrzeby, niszczenie zdolniejszych i bardziej utalentowanych, brak sumienia. 
Czytając Stracone złudzenia poczułam po raz pierwszy, że nie tylko doceniam Balzaca, jako pisarza, nie tylko chylę czoła przed jego talentem i umiejętnością obserwacji i wyciągania właściwych sądów, ale w końcu trafiłam na książkę, od której lektury nie mogłam się oderwać. I ... polubiłam Balzaca, dzięki tej książce.
Dla znawców biografii pisarza dodatkową zaletą powieści będzie odnajdywanie podobieństw pomiędzy głównym bohaterem a pisarzem. Może dlatego autor, mimo krytycznego przedstawienia Lucjana darzy go sympatią i zrozumieniem. Jest w tym sporo autoironii i umiejętności spojrzenia na siebie z dystansem.
Jest tutaj troszkę rozbudowanych opisów, które dzisiejszego czytelnika mogą znużyć (mnie o ziewanie przyprawiły rachunkowe kalkulacje lichwiarskie, ale jak wiemy, dla pisarza był to temat niezwykle ważny i bliski). Uważam jednak, że bez szkody dla lektury można je opuścić. 
Myślę też, że wielce przyczynił się do odbioru dzieła tłumacz Boy-Żeleński. To dzięki niemu język powieści, mimo upływu lat jest wyjątkowo strawny. 
Stracone złudzenia uświadomiły mi, iż mimo gromadzonych latami doświadczeń wciąż ulegam złudzeniom. Czy kiedyś je utracę na zawsze? Może wówczas, kiedy zastosuję się do rady, jakiej hiszpański kanonik (diabeł kusiciel) udzielił Lucjanowi – uważaj ludzi, a zwłaszcza kobiety, jedynie za narzędzia, ale nie pozwól im się tego domyślać. Uwielbiaj jak bóstwo, tego kto stojąc wyżej od ciebie, może być ci użyteczny, i nie opuszczaj go, póki nie opłaci na wagę złota twego służalstwa. W stosunkach ze światem bądź twardy, jak Żyd i jak on uniżony, czyń dla władzy wszystko to, co on czyni dla pieniędzy. (str. 568-569)
I jeszcze jeden cytat (z całego bogactwa spostrzeżeń pisarza), który niezmiernie przypadł mi do gustu
Kwestia stroju jest zresztą niezmiernie doniosła dla tych, którzy chcą mieć pozór, że mają to, czego nie mają; często najlepszy sposób, aby to posiąść później. (str.151)

30 stycznia 2015

Toulouse Lautrec Biografia Julia Frey

Czytałam Moulin Rouge Pierra La Mure i byłam przekonana, iż ciekawszej książki na temat hrabiego Henriego Toulouse Lautreca, malarza, skandalisty, kalekiego karła, autora litografii, plakatów, okładek książek i nut, bywalca najmroczniejszych zaułków Paryża schyłku XIX wieku, bywalca wystaw malarskich, cyrków, teatrów, zawodów sportowych, tancbud, kabaretów, domów publicznych nie znajdę. Myliłam się. Książka La Mure to w zasadzie powieść biograficzna i choć zawiera ona sporo informacji, które można uznać za rzetelne, to jednak beletrystyka. Nawiasem mówiąc bardzo dobra beletrystyka, aczkolwiek mam wrażenie, że samemu bohaterowi nie przypadłaby do gustu. La Mure przedstawia malarza niemal wyłącznie, jako człowieka nieszczęśliwego, skupionego na poszukiwaniu miłości, której nie odnalazł, a tym samym człowieka niespełnionego. Nawet, jeśli Henri cierpiał z tego powodu nigdy nie pozwoliłby, aby ktokolwiek (w tym czytelnicy historii jego życia) litowali się nad nim. 
Julia Frey opisuje Henriego w sposób o wiele bardziej zróżnicowany, wymykający się schematom. Henry to człowiek o nieograniczonym apetycie na życie we wszelkich jego aspektach, przy czym miłość jest jednym (a nie jedynym) z nich. 
Autorka wykonała mrówczą pracę przedzierając się przez gąszcz
źródeł oraz korespondencję malarza i jego bliskich, aby wyłonić z nich portret jak najbliższy prawdy. Jest to portret podobny do obrazów, jakie malował Henri; wieloznaczny, dający szerokie pole do interpretacji; jego bohater nie jest może piękny, ale za to jest niezwykle zajmujący, autorka maluje tak, jak gdyby zajrzała w głąb duszy artysty, bez hołubienia, ale z dużą dozą sympatii. 
Arystokratyczny rodowód, nazwisko, które zobowiązuje (przez całe życie będzie zarówno pomocą, jak i balastem), spokrewnieni rodzice -kuzynostwo w pierwszej linii (czego efektem było kalectwo syna), niedopasowanie charakterologiczne matki i ojca (ona - żarliwa katoliczka, purytanka, żeby nie powiedzieć dewotka, zapatrzona w syna i oddana modlitwom, on - lekkoduch, nie potrafiący zagrzać miejsca, prowadzący koczownicy tryb życia, żyjący na pokaz), ułomność fizyczna i brzydota to dziedzictwo Henriego. Dziedzictwo, które ciążyło, jak garb, a które determinowało jego zachowanie i sposób życia.
Życie z powściągliwą w okazywaniu uczuć matką i rzadkie kontakty z ojcem nauczyły go od dzieciństwa interpretować wszystkie odcienie skrywanych emocji. Str.218
Kiedy dodamy do tego liczne pobyty w uzdrowiskach i zakładach zamkniętych nie dziwi pancerz cynika, jaki przybierał Henri.
Wrażliwy i skryty uwielbiał być w centrum zainteresowania, bawić towarzystwo, błaznować, szokować mieszczańską społeczność. Z jednej strony miał poczucie sprzeniewierzania się wartościom pielęgnowanym przez jego arystokratycznych przodków, a z drugiej nie potrafił żyć konwenansami. Rodzina (a zwłaszcza ojciec) oczekiwała, iż zaszyje się gdzieś na prowincji, nie wystawiając na widok publiczny, tymczasem Henriego rozpierała zachłanna pasja życia i tworzenia. 
Lubił się wyróżniać, chciał być popularny, przeciętność i normalność były mu obce. Pragnienie popularności zaspokajał „masową” produkcją swoich dzieł (publikacja reprodukcji w prasie, plakaty, okładki książek i nut). Bulwersował otoczenie zarówno swoją sztuką (jej techniką i tematyką), jak i swoim życiem (alkoholizm, wizyty w tancbudach i najbardziej podejrzanych spelunkach, pozostawanie w dobrych stosunkach z prostytutkami, czasowe mieszkanie w burdelach, które wyznaczał też na miejsce spotkań z wydawcami czy marszandami). 
Był człowiekiem niezwykle towarzyskim, a jednocześnie bardzo samotnym, dobrym przyjacielem, ale też despotycznym tyranem dla bliskich, oddanym synem, niezwykle pracowitym człowiekiem, głodnym nowych doznań, wielbicielem wszelkich nowinek, zwolennikiem postępu. Człowiek o niezmiernie złożonej osobowości, a jednocześnie niezwykle utalentowany artysta.
…Henri prowadził bardzo bogate życie towarzyskie. … miał wielu serdecznych przyjaciół i dobrze się z nimi bawił. Jeżeli popadał w przygnębienie to tylko z kłopotów ze zdrowiem lub z pracą. Niewiele wiadomo o jego życiu intymnym, najwyraźniej stanowiło ono sferę odrębną w jego kontaktach z ludźmi, towarzysko natomiast lubił przebywać w większych gronach przyjaciół i znajomych. Jego przyjaźnie z mężczyznami, zarówno głębokie, jak i te bardziej powierzchowne, dawały mu wiele radości. Był ogólnie lubiany. Jego żarty nie były okrutne, a kpiąc ze swoich ułomności, ośmielał tych, których wprawiały one w zakłopotanie. Str. 224
A przy tym wszystkim
Jego przyjaciele, zarówno kobiety, jak i mężczyźni uważali, że przy całym swym nieodpartym uroku był bezlitosnym despotą. Str. 316.
Należał do osób, które umierają wcześnie, bo żyją zbyt intensywnie i zdawał sobie z tego sprawę. Syfilityk, który spędzał całe noce na hulankach, z kabaretów, czy knajp wychodził nad ranem, nadużywał alkoholu, zasypiał w miejscach publicznych, aby rano pojawić się w drukarni, gdzie osobiście nadzorował pracę nad litografiami. Bywalec Opery i Teatrów potrafił oglądać przedstawienia po kilkanaście razy, przy czym interesował go obraz; ruch, scenografia, gest, fragment postaci, układ dłoni, nie słuchał kwestii wypowiadanych, czy wyśpiewywanych przez aktorów. 
Bal w Moulin Rouge (z La Goulue na pierwszym planie)- mój ulubiony obraz malarza
Uwielbiał podglądać życie w jego najpodlejszych aspektach; obserwował tancerki, prostytutki, cyrkowców, sportowców, kryminalistów, pijaków, aby z brudu życia wyciągnąć jego piękno. Lubił obserwować kobiety lekkich obyczajów w sytuacjach, w których te nie musiały niczego udawać; po pracy, podczas toalety, przed wizytą u lekarza, kiedy były zmęczone, smutne, zgaszone, kiedy ich nagość nie budziła pożądania, ale współczucie, a może nawet jakąś tkliwość. 
Każda brzydota ma jakąś piękną stronę; fascynujące jest odkrywanie piękna tam, gdzie nikt inny go nie dostrzega. Str. 343
 
Klaunessa Cha-U-Kao, obraz zakupiony przez Camondo
Biografia jest bogatym źródłem informacji na temat Henriego, trudno oderwać się od lektury. Autorka już we wstępie zaznacza, że pisze o rzeczach potwierdzonych, a wszędzie tam, gdzie istnieją wątpliwości zaznacza to. Imponująca jest bibliografia, która zajmuje kilkanaście (ponad szesnaście) stron. Książka jest bogato ilustrowana, zarówno kolorowymi reprodukcjami sztandarowych dzieł Lautreca, jak i czarno-białymi rysunkami, fotografiami i reprodukcjami. Czyta się świetnie, co oznacza, iż tłumaczka wykonała dobrze swoją pracę. 
Jestem pod ogromnym wrażeniem.
Ponieważ jednak uważał, że hulaszcze życie nie przeszkadza mu ciężko pracować, niepohamowane picie nie niszczy jego umiejętności i wyobraźni, a fizyczne upośledzenie wcale nie zmusza go do przestrzegania konwenansów, często sprawiał wrażenie, że sztuka wcale nie jest dla niego najważniejsza.  Str. 383
I jeszcze coś, co interesuje wszystkich bibliofilii. 
Mniej więcej w połowie lektury dotarło do mnie, iż brakuje mi informacji na temat upodobań literackich bohatera. Sprawa wyjaśniła się dopiero pod koniec lektury.
… Lautrec, podobnie, jak wielu francuskich arystokratów, manifestował postawę antyintelektualną. Jego czytelnicze gusta ograniczały się głównie do popularnych dzienników i tygodników, które zajmowały się przede wszystkim sensacjami dnia i zamieszczały erotyczne historyjki. Do takich właśnie czasopism rysował… 337-338
Thadee Natanson (polski wydawca i redaktor pisma) zauważył, że …gdy Henri był trzeźwy, jego uwagi dotyczące Balzaca wnikliwością ustępowały jedynie rozważaniom Prousta, lecz Henry był „o wiele bardziej ludzki”. …Trzeba jednak jasno powiedzieć, że towarzystwo intelektualistów interesowało Henriego tylko do pewnego stopnia. Str. 364
I na koniec najbardziej znane plakaty Henriego


Zdjęcia z Montrmartu mojego autorstwa obrazują kabarety, w których bywał  
O Toulouse-Lautrecu pisałam też tu

25 sierpnia 2014

Requiem dla moich ulic, czyli spacer po Paryżu, którego już nie ma

Warszawę Niemcy zburzyli doszczętnie. Paryż od wieków burzą sami paryżanie. Burzą i odbudowuję. Burzą, równają z ziemią całe dzielnice lub patroszą budowle od środka, zostawiwszy nietknięte fasady, wypełnione od środka szkłem, drewnem, aluminium. Baron Haussman wyburzył i odmienił Paryż najbardziej, ale Paryż wyburzał się ciągle i wyburzać nie przestanie…. Nawet te paryskie kwartały, które wydają się nietknięte od wieków, przechodziły cykle wyburzania i budowania od nowa. Na przykład Palais – Royal, Luwr i Tulerie.
Pewien mędrzec powiedział Panta rhei. Wszystko płynie, przemijają ludzie, epoki, ulice. To, co dziś wydaje się ponadczasowe i niezmienne po latach pozostaje jedynie nazwą budzącą w garstce zapaleńców nierealne pragnienia odbycia podróży w czasie. Z książek opisujących miasta najbardziej odpowiadają mi te, które dzięki opisom zdarzeń, fragmentarycznym fotografiom miejsc, mało znanym historyjkom pozwalają poczuć ich klimat. A czynią to o wiele lepiej niż popularne przewodniki przytłaczające nadmiarem informacji na temat dat, architektonicznych detali, czy nazwisk twórców budynków i budowli. Requiem dla moich ulic Rutkowskiego to spacer poprzez miejsca, które dziś istnieją już tylko w literaturze sprzed lat i historycznych dokumentach. Requiem to muzyka w hołdzie nieistniejącym bądź istniejącym dziś w zupełnie innym, niż pierwotnie kształcie; ulicom i zaułkom Paryża. Rutkowski nie trzyma się żadnych zasad, jego opisy są pastiszem mniej lub bardziej luźnych skojarzeń. Przeprowadza nas przez wieki, życiorysy, obyczaje z niezwykłą zręcznością. I mimo, iż niektóre z opisywanych historii są mi znane, jak ta o dzielnicy Halle, Cmentarzu Niewiniątek, czy Placu de Greve to czytanie ich nie nudzi, autor potrafi rzucić nowe światło na znane miejsce. Posługując się niezwykle obrazowym językiem opisuje miejsca w sposób pozwalający na uruchomienie łańcuszka skojarzeń. Razem z autorem wędrujemy ulicami, dzielnicami, kwartałami miasta wyruszając spod arkad Palais Royal, okrążając okolice Luwru, Pałacu Tuleryjskiego, Łuku Carrousel, mijając Halle, Plac de Greve, Marais, Montparnasse, egipski obelisk na Placu Zgody. Śladów przeszłości autor poszukuje korzystając z doświadczeń poprzedników (wyczytuje przewodniki, literaturę i prasę).
Zaczynamy od spaceru z Diderotem, który zwykł chadzać codziennie o piątej pod Palais Royal wstępując na lody do Petit – Caveau (słynnej również z półboberków, ale to już po zmroku). Tutaj, pod kolumnadami Palais Royal za Ludwika XVI spiskowali konspiratorzy. Obraz, jaki maluje autor opisując dzień 13 lipca 1789 r. (dzień poprzedzający zdobycie Bastylii) jest niezwykle sugestywny. Słoneczny, upalny dzień, Paryżanie w kawiarni Cafe de Foy nieświadomi zdarzeń, jakich za chwilę staną się świadkami zajadają lody i pogrążeni są w rozmowach, kiedy na stół kawiarni wskakuje żarliwie przemawiający młodzieniec.
Dalej autor maluje słowem drewniane galerie piętrzące się w poprzek kolumnad Palais Royal (przyrównane do opisanych przez Prusa ruder Powiśla) z panienkami (owymi półboberkami), spelunami, kawiarniami, restauracjami i szulerniami, w których na początku XIX wieku przegrywali fortuny oficerowie wszystkich nacji, nabawiając się w bonusie wstydliwych chorób. Niezwykle obrazowo przedstawia opis zamachu na Napoleona. Sporo miejsca poświęca dzielnicy Marais i charivari - świętu głupców, podczas którego przebrany w łatwopalny kostium król Karol VI omal nie spłonął żywcem od zapalonej pochodni (jego towarzysze zabawy nie mieli tyle szczęścia). Poznajemy historię przewiezienia obelisku z Luksoru na Plac Zgody. Ze pewnym zdziwieniem przeczytałam o genezie wynalezienia gilotyny, będącej bardziej humanitarnym narzędzie wykonywania kary śmierci (ze względu na natychmiastowe działanie), a przy okazji narzędziem czyniącym zadość idei równości (wszystkich od tej pory niezależnie od pozycji społecznej zgładzano w jednaki sposób).
Doktor Guillotin, od którego wzięła nazwę machina, zachwalał jej skuteczność z rozmachem dzisiejszego speca od reklamy „Panowie deputowani, za pomocą tej machiny obetnę wam głowy w mgnieniu oka i nie będziecie cierpieć. Machina razi jak piorun, głowa spada, a krew sika”
Ludwik XVI podpisał prawo o ścinaniu głów skazańcom za pomocą gilotyny (w marcu 92 roku), a dziesięć miesięcy później (w styczniu 1793 r.) osobiście przekonał się o jej humanitarnym i błyskawicznym działaniu.
Najmniej podobały mi się opisy ludzkich wynaturzeń i ułomności (obscenicznych zabaw, zezwierzęcenia, obrzucania się nieczystościami i fekaliami), ale o to pretensje powinnam mieć raczej do przodków, niż do autora.
Podobał mi się pomysł przetłumaczenia francuskich nazw ulic, jednak zabrakło podania oryginalnej nazwy w odniesieniu do wszystkich opisywanych ulic, niektórych nie potrafiłam zlokalizować. Co do niektórych zaś nazw polskie odpowiedniki nieco raziły, tak bardzo w świadomość wryła się nazwa wyspy Île de la Cité, że czytając o wyspie miejskiej miałam wrażenie, iż czytam o jakiś zupełnie innym miejscu, podobnie, jak raziło mnie nazwanie Montparnasse Rajskim Wzgórzem.
Mając ogromną słabość do Placu de Greve (zwanego Piaszczystym) wynotowałam sobie mały fragment opisu…
Placyk na brzegach Sekwany, przy Ratuszu i wokół pobliskich wysp, przez wieki drobny był i złocisty. Na Placu Piaszczystym wystawali też najmici w oczekiwaniu na robotę dzienną, czystą, lub brudną robotę nocną. Najmici stali i czekali. Z czasem to czekanie na Placu Piaszczystym zaczęło oznaczać po francusku strajk. I tak już zostało. Ludek paryski ciekawski, jurny i chełpliwy, niecierpliwie na egzekucje wyczekiwał, a na długie tygodnie przed kolejną kaźnią wynajmował okna i gapiowskie stołki, niczym loże w teatrach i krzesła w kabaretach, w domach wokół placu, wzdłuż rynsztoków ostatniej drogi skazańca, wyciągniętego z piwnic warownej Stróżówki na Wyspie Miejskiej [Conciergerie na wyspie Cite] lub z celi więzienia Bicetre i wiezionego na wózku. Dźwięczały wesoło mieszki kamieniczników proponujących parapetowe poduszki pod łokcie stałym klientom za darmo.
Brzmi niczym fragment z Katedry Marii Panny w Paryżu Wiktora Hugo. Lektura Requiem to był piękny i nie tuzinkowy spacer po jednym z najpiękniejszych miast, które podobnie, jak autor darzę ogromną sympatią. 
Podobnie, jak Paryskie pasaże książka została bardzo starannie wydana przez Wydawnictwo Słowo, obraz, terytoria. Wnętrze zdobią wklejane czarno-białe zdjęcia fragmentów Paryża, o których na pierwszy rzut oka trudno powiedzieć, iż przedstawiają Paryż, tak dalece odbiegają od naszych o nim wyobrażeń.
Za udostępnienie książki dziękuję Kaye.