
Z
góry przepraszam wszystkich, który się ta książka podobała, którzy byli
nią zachwyceni, których zauroczyła, z moją siostrą na czele. Nie lubię
opisując książki używać przymiotników, które mogłyby spowodować, że
urażeni poczują się nie pisarze, ale czytelnicy, którym lektura sprawiła
przyjemność. Mnie niestety zawiodła i rozczarowała. Ale może nie byłam
najwłaściwszym odbiorcą, może nie do mnie była ona skierowana. Właśnie
nad tym, kto jest adresatem książki zastanawiałam się przez pierwsze sto
stron; czy są to turyści (musieliby choć trochę władać francuskim i
zupełnie nie interesować się sztuką), czy są to paryżanie (musieliby być
delikatnie mówiąc lekko nierozgarnięci nie potrafiąc trafić z miejsca A
do miejsca B i nie wiedząc jak zachować się w restauracji), a jeżeli
ani jedni, ani drudzy to kto.
Książka jest zlepkiem
informacji, historii, doświadczeń, anegdotek na wybranych przez autora
dwanaście tematów. Wybór subiektywny, mnie nie do końca przypadający do
gustu, ale to prawo autora pisania na temat tego, co uważa za
interesujące. Autor chce przedstawić Paryż w innym świetle, nie tym
znanym z przewodników, folderów, kina, pocztówek, bo przecież ileż można
pisać o Luwrze, wieży Eifella, czy alejach elizejskich. Dużo ciekawsze i
pozbawione zadęcia jest dla przykładu pisanie o numeracji i
nazewnictwie ulic, o tabliczkach informacyjnych, stacjach metra, sikaniu
na ulicy, gołębich odchodach, snobizmie i egoizmie Paryżan, ich
nieuprzejmości, o tym, że w metrze zaduch i śmierdzi i ze w ogóle ci
Paryżanie to są wkurzający.
Komu mają służyć i co do znajomości
miasta mają wnieść informacje na temat przekroju społecznego
podróżujących wszystkimi szesnastoma liniami metra.
…Linia ta
jest zatłoczona gdyż korzystają z niej ludzie dojeżdżający do pracy
podmiejskimi pociągami na dworzec Saint Lazare. Najstarsze składy
zostały wyremontowane i teraz zamiast długiej rury od sufitu do podłogi
wagonu w przejściach zamontowano sięgające pasażerom do pasa i
przypominające kaktusy słupki z trzema uchwytami. Na suficie umieszczono
niebieskie światełka odbijające się w chromowanym metalu…..(str. 104)
...Kolejna
linia wymagająca renowacji. Choć tutejsze pociągi wyglądają jak nowe i
lśnią metalicznym blaskiem, ich koła hałaśliwie jęczą i brzęczą, mknąc
po torach… Linia jest bardzo kręta, meandruje po mieście niczym Sekwana…
(str. 108)
...Stare pociągi zostały wyposażone
w nowe siedzenia w orientalne wzory-wyjątkowo niewygodne, o ile ktoś w
ogóle ma szansę na nich usiąść (str.111)
Bo
powinniście wiedzieć, że zdaniem autora podróżowanie metrem to koszmar;
ciasno, tłoczno, śmierdzi, ktoś ci wisi nad głową, ktoś cię dotyka,
nigdy nie można usiąść. No, ale co zrobić, alternatywą są stojące w
korki autobusy.
Oczywiście nie mam takiego doświadczenia, jak
autor książki, nie mieszkałam w Paryżu latami, ale podczas tych w sumie
grubo ponad setkę przejazdów metrem i to w bardzo różnych porach dnia i
chyba wszystkimi jego liniami marzyłam o jednym; dlaczego w Polsce
jedynie Warszawa dostąpiła zaszczytu posiadania podziemnej komunikacji.
Szybko i często, punktualnie, co do minuty, pod warunkiem, że się ktoś
pod pociąg nie rzuci lub służby nie zastrajkują. Nie bardzo więc
rozumiem tę „nagonkę” na paryskie metro. Może nie mam dużych doświadczeń
podróżniczych, ale kwestia zatłoczenia w godzinach szczytu jest tożsama
w znanych mi metropoliach (warszawskiej, rzymskiej, marsylskiej).
No
dobrze, ale zostawmy metro w spokoju. Otóż dalej radzi autor, jak pytać
paryżanina o drogę i jak interpretować jego odpowiedź. Kiedy pytasz się
jak dojechać do np. Champs – Elysees, to paryżanin udzieli ci bardzo
pokrętnej odpowiedzi, z której nic nie zrozumiesz, więc powinieneś
nadstawiać ucha, aby wychwycić stację początkową i końcową. I znowu
zastanawiam się, dla kogo jest ta rada i jedynym uzasadnieniem wydaje mi
się osoba niewidoma. Otóż mapa metra wisi co parę kroków w widocznym
miejscu każdej linii metra, dodawana jest do karnetów przejazdowych
gratis, rozdawana w każdym hotelu i punkcie informacji turystycznej,
wisi w każdym wagoniku metra przy każdych drzwiach, duże tablice z mapą
okolicy znajdują się co parę metrów i przy każdym wejściu do metra i
chyba trzeba być Anglikiem w Paryżu, aby pytać się, jak dojechać do
którejkolwiek ze stacji metra.
Zresztą wydaje się, że
bez znajomości języka francuskiego nie macie w Paryżu czego szukać, nie
będziecie bowiem mogli w ogonku do kasy w sklepie spożywczym
poinformować ustawiających się za wami klientów o fakcie, iż jesteście
ostatnią osobą, jaka zostanie przy tej kasie obsłużona, nie zamówicie
niczego do jedzenia w restauracji i nie wynajmiecie hotelu.
Otóż
nie mogę tego potwierdzić; pięciokrotnie byłam w Paryżu nie znając
języka francuskiego, posługując się minimalną i bardzo ubogą wersją
języka angielskiego i w Paryżu (zupełnie inaczej było w Marsylii, gdzie
słysząc angielski udawano głuchotę) prawie nigdy (poza jedną wizytą w
restauracji) nie miałam kłopotów z porozumieniem się w podstawowych
sprawach. Obawiam się natomiast, iż w Londynie nie miałabym szans na
porozumienie z Anglikiem (ale to tylko moje obawy nie potwierdzone jak
dotąd praktyką).
Inne ciekawe i bardzo przydatne
informacje to np.; nie siadaj na ławeczkach pod drzewami, bo możesz
zostać obesrany przez gołębia, uważaj, aby nie zostać obsikany przez
paryżanina, który ma zwyczaj sikać na ulicy, nie chodź do Luwru, czy do
Orsaya, bo odstoisz pół dnia w kolejce po bilety, a w ścisku i tłoku
wewnątrz i tak niewiele zobaczysz, bo zwiedzających jest zbyt wiele,
możesz w zamian wybrać się na zwiedzanie kanałów, aby przesiąknąć odorem
miejskich odchodów.
I znowu sprostowanie; w Orsay`u
bywam za każdym moim pobytem w Paryżu, w Luwrze byłam czterokrotnie i
nigdy nie stałam w kolejce do wejścia dłużej niż kilka minut, ostatnio
trwało to aż pół godziny, bowiem przyszłam chwilę przed otwarciem
muzeum. Poza tłumami przed Moną Lisą do każdego obrazu prędzej czy
później mogłam swobodnie dotrzeć.
Jest w tej książce
parę ciekawych informacji, jednak nie mam pewności co do ich
wiarygodności, odkąd trafiłam na takie nieścisłości, jak ta, że
Katarzyna Medycejska podżegała do urządzenia masakry zwanej Nocą św.
Bartłomieja (kiedy historycy już od dość dawna twierdzą, iż udział
Katarzyny M. w Nocy Św. Bartłomieja był jedynie wyrazem biernej postawy,
brakiem sprzeciwu, ale na pewno nie podżeganiem), czy też ta, że
kamienni święci z Katedry Notre Dame potracili głowy w wyniku rewolucji
(głowy potracili biblijni królowie Judy, a nie święci). To zaledwie dwa
przykłady, może bez znaczenia dla większości odbiorców, ale jakoś
podkopały moje zaufanie do informacji historycznych podawanych przez
autorach.
Zaciekawiła mnie geneza powstania metra,
dzieje jego budowy, historia cyklicznych powodzi. Rozdział dotyczący
historii dość ciekawy, ale dziwnie wybiórczy; od neolitu, poprzez czasy
rzymskie, rewolucję do przebudowy (nazwanej ruiną miasta) przez barona
Hausmanna. Dziwny też wydaje mi się klucz, według którego autor
rekomenduje paryskie hotele czy paryskie knajpy. W rozdziale
poświęconym jedzeniu kieruje nas na drinka do Maxima, a tymczasem nie
wskazuje żadnego godnego polecenia miejsca dla średniozamożnego klienta.
Najbardziej rozczarował mnie rozdział poświęcony
sztuce. Zdaniem autora nie należy odwiedzać będących na topie muzeów i
galerii, a raczej pójść do mało znanych peryferyjnych muzeów; jak np.
Muzeum Jeana Arpa (o którym pisze dość obszernie). Tylko, co zrobić,
jeśli kogoś nie interesują ekspozycje tych mało znanych peryferyjnych
muzeów.
No i jak pisałam do muzeów naprawdę można się
dostać bez tak wielkich problemów, jak kilku godzinne oczekiwanie na
wejście, czy przepychanie się w tłumie, trzeba mieć tylko kilka dni do
dyspozycji i wybierać takie, w których odwiedzających bywa mniej (są np.
popołudniowe wejścia i wieczorne zwiedzanie), a być w Paryżu i nie
odwiedzić przynajmniej raz sztandarowych galerii to jakby się w Paryżu
nie było. No, ale zawsze pozostaje alternatywa pójścia na jeden z kilku
mostów nad Sekwaną obwieszony symbolami miłości; kłódkami z inicjałami
zakochanych.
W końcu dochodzę do wniosku, że książka
skierowana jest do tych, którzy Paryża nie znają, a którym przyjdzie
tutaj zamieszkać; może anglików, którzy marzą o zamieszkaniu nad
Sekwaną. Zamieszczone tu informacje na temat unikania pewnych tras
metra, niestawiania rowerów na klatce schodowej, czy ostrożności przy
wynajmie mieszkania mogą okazać się przydatne. Natomiast obawiam się, że
rdzennych mieszkańców książka mogłaby znużyć jeszcze bardziej niż mnie,
dorywczego zwiedzacza paryskich ulic, który doskonale zdaje sobie
sprawę, że Paryż nie wymaga przyklękania przed nich na kolanach, że poza
licznymi blaskami ma także swoje cienie i że nie trzeba doń podchodzić
czołobitnie.
Ja znalazłam w książce dwie przydatne
informacje; pierwszą było przypomnienie o rzadko odwiedzanym muzeum
Marmottan z najobszerniejszą kolekcją Moneta, które przyznaję i mnie,
mimo kilko pobytów jakoś zupełnie umknęło z pamięci, drugą wiedza, jak
rozpoznawać dobre restauracje (po języku menu- wyłącznie francuski, była
jeszcze informacja o zatłoczeniu – ale to rzecz powszechnie znana, więc
nie warta opisu).
Co jeszcze mi się nie podoba w tej książce to
język; autor jest taki hura anglosaski, posługuje się językiem
potocznym, nawet powiedziałabym nieco rynsztokowym; sikanie, sranie,
jebanie, bzykanie – uzasadnione w języku literackim tutaj nieco razi, bo
mam wrażenie, że jest takie troszkę pod publiczkę; tak aby książka była
łatwo przyswajalna. Przypomina mi to troszkę sceny rozbierane w
teatrze, trzeba, czy nie, ale jest szansa na przyciągnięcie większej
widowni.
„Niebezpieczna mieszanka psich szczyn, szczurzych odchodów i sikających gdzie popadnie ludzi zaintrygowała mnie…”
Na końcu natrafiłam na cytat z Zoli „Brzuch Paryża” brzmiący „Słońce
rozpaliło w warzywach ogień. [Florentyn] nie rozpoznawał już bladych
barw świtu. Nabrzmiałe serca sałat płonęły, marchewki krwawiły
czerwienią, a rzepy i kalarepy rozgorzały”, który autor komentuje „Zola pisał tak, jakby chciał uprawiać seks z warzywami”.
A
swoją drogą ciekawa jestem, czy moje znajome paryżanki książkę czytały i
czy im się podobała. Może to tylko do mnie ona nie przemówiła.
Autor znany jest (nie mnie) z serii książek z Merde w tytule (czyli "g" w tytule).
Moja ocena- 2,5/6
Przyznam, że miałam problem z etykietą, bo książka o Paryżu, więc refleksje związane z jej lekturą, jak najbardziej zasadne na ten blog, ale czy o miłości, czy o historii, czy raczej o d... Marynie to musicie ocenić sami.