21 marca 2021

Dżuma Albert Camus rzecz o zarazie w czasach zarazy

Próbując zrozumieć emocje i uczucia targające mną od dłuższego  czasu sięgnęłam po Dżumę. Można ją odczytywać  na płaszczyźnie realistycznej, jako powieść o radzeniu sobie człowieka z epidemią.

Zaraza pojawia się znienacka w całkiem zwyczajnym, niczym się nie wyróżniającym portowym algierskim miasteczku Oran. Jej pierwsze zapowiedzi w postaci martwych szczurów zalegających masowo na ulicach miasta i w jego budynkach budzą zaciekawienie zmieszane z irytacją i oburzeniem. Szczury w eleganckich domach i hotelach? To rzecz nie do pomyślenia.

Łączenie martwych gryzoni  z pierwszymi przypadkami choroby daje do myślenia lekarzom.  Władze miasta przyjmują całą rzecz z niedowierzaniem, nie można budzić niepokoju i rozsiewać paniki, przecież to niemożliwe, dżuma to odległa przeszłość kojarzona ze średniowiecznymi rycinami lekarzy w pelerynach i maskach przypominających ptasi dziób.   

Zarząd miejski nic nie zamierzał i nic nie miał na uwadze, ale zaczął od tego, że zebrał się na posiedzenie, aby się zastanowić. Polecono służbie odszczurzania zbierać martwe szczury co dzień o świcie. (str. 14)

I kiedy w końcu nie można zaprzeczyć faktom i miasto zostaje zamknięte, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby jego mieszkańcy nie wierzą.  Reakcje zdumienia, oszołomienia, wiara w szybkie zakończenie epidemii przeplatają się z negacją i głosami oburzenia.   

Nasi współobywatele….. Nadal robili interesy, planowali podróże i mieli poglądy. Jak mogli myśleć o dżumie, która przekreślała przyszłość, przenoszenie się z miejsca na miejsce i dyskusje? Uważali się za wolnych, a nikt nie będzie wolny, jak długo będą istniały zarazy. (str. 28).

Pojawia się bunt i  głosy o pozbawieniu wolności.  Mieszkańcom nie podoba się, że miasto zostało zamknięte. Twierdzą, że te statystyki chorych na pewno są sfałszowane, a nawet jeśli choruje tyle osób ile podano, to przecież nie wiadomo, ile osób chorowało wcześniej. Ludzie zawsze chorowali i to wcale nie oznacza, że teraz mamy epidemię - krzyczą niedowiarki.

W pierwszych godzinach dnia, gdy zarządzenie weszło w życie (o zamknięciu miasta) na prefekturę naparł tłum petentów, którzy przez telefon, lub osobiście  przedstawiali urzędnikom sytuacje równie ciekawe i równie niemożliwe do rozpatrzenia. Doprawdy trzeba było wielu dni, byśmy zdali sobie sprawę, że znajdujemy się w sytuacji bez kompromisu  i że słowa takie jak „układać się”, „grzeczność”, „wyjątek” nie mają już sensu. (str. 45)

Mimo tych niezwykłych widoków (zamkniętego i martwego miasta) nasi współobywatele mieli najwyraźniej kłopoty ze zrozumieniem, tego, co im się zdarzyło. Były uczucia wspólne, jak  rozłąka czy strach, ale nadal stawiano na pierwszym miejscu troski osobiste. Nikt naprawdę nie zgodził się jeszcze na chorobę. Ludzie byli przede wszystkim wrażliwi na to, co naruszało ich przyzwyczajenia lub godziło w ich interesy. Okazywali więc rozdrażnienie lub irytację, a nie są to uczucia, które można przeciwstawić dżumie. (str.51)

Jak można zamykać miasto, jedni chcą się wydostać z niego, inni chcą doń powrócić (choć tych jest zdecydowanie mniej).  Jeszcze inni ostentacyjnie wychodzą w tłum pokazując, iż za nic mają wszelkie ograniczenia. Część mieszkańców dezynfekuje się alkoholem, inni pastylkami mentolowymi.

Ksiądz zarządza tydzień wspólnych i grzmi z ambony -   bracia moi, dosięgnęło was nieszczęście, bracia moi zasłużyliście na nie.   … od początku historii plaga boska rzuca do stóp Boga pysznych i ślepych. (str. 62)   

 W mieście zaczyna brakować żywności, paliwa, oszczędza się na oświetleniu, co napędza szarą strefę i rozwój nielegalnych interesów (przemyt żywności i ludzi).

Potem pojawia się strach. Ludzie odsuwają się od siebie. Izolacja i poczucie osamotnienia. Depresje. A w końcu apatia i obojętność. I już nawet nie czeka się końca, tylko próbuje jakoś wypełnić czas codziennymi obowiązkami, których niektórzy mają w nadmiarze (lekarze, służby pomocnicze i administracja) a inni coraz mniej. Na tym tle przedstawieni zostają bohaterowie i ich różne wobec epidemii postawy. Od poświęcenia czasu na zwalczanie choroby, albo choćby ulżenie jej skutkom, a na końcu jedynie ewidencjonowanie  rozmiarów poprzez pomoc lekarzom i służbom porządkowym do wykorzystania zarazy jako sposobności do wzbogacenia się (paserka i przemyt) bądź  do ukrycia przed odpowiedzialnością z powodu popełnionych wcześniej występków.     

Wielu nowych moralistów w naszym mieście twierdziło…, że nic nie pomoże i że trzeba paść na kolana. Tarrou, Rieux i ich przyjaciele mogli powiedzieć to lub owo, ale wniosek był zawsze jeden, trzeba walczyć w taki czy inny sposób i nie padać na kolana. Cała rzecz polega na tym, by nie pozwolić umrzeć i zaznać ostatecznej rozłąki możliwie wielkiej ilości ludzi, a jedynym środkiem była walka z dżumą. Nie jest to prawda godna podziwu, lecz prawda logiczna. (str.85).

Camus wplata w treść opowieści rozważania egzystencjalne dotyczące postaw moralnych człowieka oraz sensu istnienia. Oprócz całej masy bardzo mądrych przemyśleń trafia się też parę dość zawiłych i nużących (być może jedynie dla mnie mniej przystępnych) dywagacji. Nie rzutuje  to na ocenę całości. Dżuma podnosi uniwersalny temat postawy człowieka wobec zła (wojny, epidemii, kataklizmu); moralne dylematy u jednych i brak rozterek u innych, no i pytania o sens egzystencji w ogóle, czy liczy się przeżycie, czy liczy się też cena, jaką czasami trzeba za to zapłacić. Niewątpliwie czytanie jej w kontekście innej zarazy przenosi akcenty uniwersalne na te bardziej dziś dojmujące.

Czytając miałam wrażenie, jakby dziwnym trafem powieściowa Dżuma wyszła ze swoich  ram na ulice naszych miast, bowiem zadziwiająco znajomo wyglądają postawy, zachowania i komentarze pojawiające się dzisiaj w mass mediach.

Kiedy dżuma nie odpuszcza i zdaje się tę walkę wygrywać z człowiekiem nie było już losów indywidualnych, ale wspólna historia, tzn. dżuma i uczucia, jakich doznawali wszyscy. Najsilniejszym z nich była świadomość rozłąki i wygnania wraz ze strachem i buntem, jakie niosła w sobie. (str.106)

Początek końca epidemii pojawia się wówczas, kiedy walka staje się wspólnym interesem, nie jest ona już tylko przeszkodą w indywidualnych planach jednostek, ale wrogiem wspólnego losu mieszkańców.   

Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie narratora, który jest jednocześnie jednym z bohaterów opowieści, występując  w podwójnej roli może obserwować sytuację i od wewnątrz i z dystansu.

Moje zainteresowanie wzbudził  drugoplanowy bohater urzędnik merostwa Grand. Z nadmiaru uczuć i niedoboru słów miota się on pomiędzy pragnieniem stworzenia wielkiej powieści i  napisania listu do żony, która go opuściła lata temu a niemożnością uczynienia tego. Istniejący wokół świat pochłonięty walką z epidemią wydaje się niewiele obchodzić Granda, co jednak nie przeszkadza mu sumiennie wykonywać obowiązki. Nieco śmieszne wydają się jego próby doboru właściwych słów w treści pierwszego zdania powieści (poza które nie wyszedł). Śmieszne, a jednak budzące wzruszenie i pewien rodzaj sympatii.

Nieco obawiałam się lektury, a okazała się ona pouczającym i ciekawym doświadczeniem. W dodatku czytana w dzisiejszych realiach nabiera wyjątkowej aktualności, podczas gdy czytana w czasach licealnych wydawała się bardziej abstrakcyjną.

Nie mogłam sobie podarować pominięcia najbardziej znanego z cytatów - mało optymistycznego, ale jakże realistycznego.

bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, że może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony w meblach i w bieliźnie, czeka cierpliwie w pokojach, w piwnicach, w kufrach, w chustkach i w papierach, i  nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście (str.190).
Wpis po raz pierwszy ukazał się na moim blogu Moje podróże

8 listopada 2020

Król Ubu czyli Polacy Alfred Jarry

Odkąd pamięcią sięgam w przeszłość zawsze chciałam przeczytać Ubu Króla. To owiane skandalem dzieło piętnastolatka, utwór który zszedł z afisza dzień po premierze (okrzykniętej największym skandalem w dziejach teatru), której opis jest cytowany niemal we wszystkich wspomnieniach najznakomitszych przedstawicieli XIX wiecznej bohemy musi rozbudzać wyobraźnię. 

Czy pierwotnym zamiarem autora miało być zszokowanie publiki przez nadużywanie języka potocznego (przekleństw i wulgaryzmów), czy też ukazanie w bardzo prosty, wręcz łopatologiczny sposób, czym jest historia, wychwalana, jako nauczycielka życia (ciągiem gwałtów, zdrad, morderstw, tyranii, podłości, prostactwa oblekającego się w szaty wytworności). A może obie te rzeczy łącznie. Trzeba też zauważyć, że te wulgaryzmy straciły dziś na swej wymowie, bowiem brzmią anachronicznie. 

Jak napisał w przedmowie jej tłumacz Boy Żeleński Ubu król to taki Makbet na wspak.  Jego bohater to cham i prostak, zachłanny debil, który nie potrafi nawet ukryć swojej głupoty pod maską pozorów. Postać Ubu funkcjonuje w świadomości, jako wzorzec pewnego typu człowieka, podobnie, jak funkcjonuje Don Kichot, Hamlet czy Tartufe.

Jerry dadaista i surrealista stworzył groteskową historię prostaka, którego żona namówiła do zabicia króla i przejęcia korony. Zbieżność z Makbetem nieprzypadkowa. Tyle, że Ubu jest tak karykaturalnym przedstawicielem władzy, że trudno potraktować go poważnie. Lecz jego rządów - morderstw, oszustw, kradzieży, krzywoprzysięstwa nie można nie traktować niepoważnie. Jerry pokazuje, że polityka ma społeczeństwo tam, gdzie on ma publikę, czyli w d.... Merdre, po naszemu grówno – wulgarne wstawki, czy komentarz rzeczywistości, która jest okrutna i beznadziejna. 

A co mają do tego Polacy? W przedmowie przed premierą sztuki autor wskazał, iż rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie. Trzeba pamiętać, że Polski, jako państwa wówczas nie było. Rzecz mogłaby dziać się równie dobrze wszędzie, bo trudno byłoby znaleźć kraj, który nie doświadczył przynajmniej kilku władców posiadających cechy Ubu. A to, że występują tu Stanisław Leszczyński czy Jan Sobieski wygląda na przypadek, zwłaszcza, iż nie odgrywają oni większej roli.

Trudno jednak nie doszukiwać się podobieństw do sytuacji w Polsce, bo podobieństwa te występują pod każdą szerokością geograficzną i w każdej epoce. Ubu to typ władcy, który po trupach dąży do celu, robi to co chce, nie tyle dla osiągnięcia określonego celu, ale dlatego, że on tak chce. Nie zważa na konsekwencje, bo jest na tyle ograniczony, że nie potrafi ich przewidzieć. 

I w tym jest może jakaś nadzieja, że każda podłość, każde draństwo kiedyś się skończy. A że po nim przyjdzie kolejne…..

Ubu umiał kupić swe panowanie nie tylko zamordowaniem poprzednika, ale i umiejętnością szafowania hasłami 

Moi przyjaciele, widzicie oto tę skrzynię; zawiera trzy tysiące dukatów w złocie,w pełno wartościowej monecie polskiej. Niech ci, którzy chcą się ścigać, ustawią się na skraju dziedzińca. Ruszycie, skoro ja machnę chustką; który przybiegnie pierwszy, dostanie skrzynię. Ci, co nie wygrają, dostaną na pocieszenie tę drugą skrzynię, podzieli się ją między nich.

które trafiły na podatny grunt

Chodźmy! Chodźmy! Niech żyje ojciec Ubu! Najszlachetniejszy z monarchów!  

Bo aby Ubu został królem nie wystarczą jego chęci, trzeba też ludu, który da się ogłupić Recenzja po raz pierwszy opublikowana na bloku moje podróże

 

11 maja 2019

Zbrodnia Sylwestra Bonnard Anatol France



Wiedzieć jest niczym, wyobrazić sobie wszystkim (str.66)
Miniaturowa książeczka wygrzebana spośród stosu innych na stoliku w antykwariacie skusiła mnie swym rozmiarem. Wydawała się idealną lekturą na podróż. Podróże do pracy, które zajmują mi w ciągu dnia średnio licząc dwie godziny chętnie uprzyjemniam sobie czytaniem.
Na Zbrodnię Sylwestra Bonnard składają się dwa opowiadania, które łączy osoba dobrodusznego uczonego, będącego jednocześnie narratorem. W części pierwszej Polano starzejący się bibliofil całą energię poświęca na studiowanie ksiąg i poszukiwanie wymarzonego manuskryptu Złotej legendy. Z pozoru nie dostrzegający świata spoza kart swych ksiąg poczciwy pan Sylwester okazuje się osobą niezwykle empatyczną i wcale nie skupioną wyłącznie na fikcyjnym świecie ksiąg. Pomaga zarówno mieszkającej na poddaszu pani Coccoz, jak i przypadkowo napotkanemu biednemu urwisowi. Bywa nieco odrealniony, momentami jego naukowo-filozoficzne rozważania mogą nużyć, ale całość zasługuje na uwagę. Naiwność starszego pana bywa urzekająca, a jego dystans wobec samego siebie i duże poczucie humoru czynią lekturę zajmującą. Druga część Joasia Aleksandre to istna bajka dla dorosłych, jest w niej biedna sierotka (wnuczka byłej sympatii bibliofila), zła wychowawczyni, chciwy i lubieżny opiekun, stary zamek i cudowna nimfa. W takim otoczeniu pan Sylwester żyjący do tej pory w świecie książek i w tych księgach wręcz zakochany odkrywa radości innego rodzaju, w odnalezionej po latach dziewczynce odnajduje namiastkę rodziny, której nigdy nie miał, a której brak rekompensowały mu księgi. I choć deklarował, iż …”sen życia przemarzył (….) w bibliotece i gdy nadejdzie pora pożegnać się z tym świat em … (pragnął), oby Bóg zabrał (go) z drabinki, sprzed półek zapełnionych książkami!” to w końcu popełnia czyn, który sam nazywa zbrodnią, a który ze zbrodnią nie ma nic wspólnego. Nie jest to może wybitne dzieło, ale lektura tej miniaturki sprawiła mi dużą przyjemność. Niespieszna opowieść o poczciwym staruszku, który kochał życie wśród książek, ale też kochał ludzi, napisana pięknym językiem. Dziś odbierana będzie, jako staroświecka i momentami przegadana. Książeczka pełna nieco naiwnych, ale szczerych wyznań, prezentująca i moje przekonanie, że czucie jest ważniejsze niż rozum. Zdecydowanie przypadła mi do gustu. A już scena opisu nimfy siedzącej na Kronikach Norymberskich w starym zamku pobudza wyobraźnię. Jest jak z bajek Andersena. Recenzja po raz pierwszy zamieszczona na moim blogu moje podróże. 

Szkoda, że współtwórczynie tego bloga o nim zapomniały.

4 listopada 2016

Prawo mężczyzn i Wilczyca z Francji Maurice Druon


Prawo mężczyzn – tom czwarty opartej na prawdziwych wydarzeniach historycznych opowieści o naznaczonych klątwom Templariuszy potomkach Ludwika Kłótliwego przeczytałam dość dawno temu, jednak sięgnęłam po niego ponownie przed lekturą wylosowanego mi w stosikowym losowaniu u Anny tomu piątego (Wilczyca z Francji). Gdybym wcześniej spisała choćby krótką notkę nie byłoby potrzeby czytać po raz kolejny, a jednak dobrze się stało, bowiem, tom czwarty w mojej opinii to najlepsza (jak dotąd) część cyklu. I trochę na prośbę Ani o uzupełnianie linków z przeczytanych lektur, trochę dla siebie, abym przed lekturą tomu szóstego nie wracała ponownie do przeczytanej już książki zamieszczam tę notkę.
Prawo mężczyzn
Po nagłej śmierci Ludwika X, zwanego Kłótnikiem spór o regencję nad nienarodzonym potomkiem zatacza coraz szersze kręgi. Pretendentów do opieki na przyszłym królem Francji pojawia się spore grono; bracia i wujowie ojca oraz opiekunowie małoletnich potomków, którym krewni odmawiają prawa do tronu zarzucając nieprawe pochodzenie lub niewłaściwą płeć. Kiedy już wydaje się, iż przewagę zdobywa wuj Ludwika Karol Walezjusz na arenę wkracza jego brat Ludwika Filip de Poitiers, zwany Filipem V Długim, albo królem zamkniętych drzwi, bowiem w chwilach przełomowych zamyka swych przeciwników zmuszając ich tym samym do podjęcia jedynie słusznej decyzji. Mam wrażenie, że w żadnej z wcześniej przeczytanych części bohaterowie nie byli tak wyraziści. Filip V Długi to monarcha z charakterem, z jednej strony inteligentny i zdecydowany w przeciwieństwie do swojego brata, po którym wziął sukcesję, a z drugiej strony godzący się na nieetyczne działania w swoim otoczeniu za cenę zachowania tronu, czyli wytrawny polityk. Inne ciekawe postacie to kardynał Dueze - sprytny starzec, który pozorowaną słabością i uległością potrafi wywieść w pole uczestników konklawe, no i znana już czytelnikom serii hrabina Mahout, w której doprawdy trudno dopatrzyć się jakiejkolwiek ludzkiej cechy (bo to zła kobieta była).

Poza ciekawymi bohaterami największym atutem powieści jest świetnie pokazany mechanizm walki o władzę; budowanie sojuszy, więzienie przeciwników, zabójstwa, fałszywe oskarżenia, pomówienia, zdrady. A wszystko to w realiach epoki; wydarzenia, zwyczaje, postacie, stroje. Dzięki umiejętnościom autora dawna historia na chwilę ożywa, a jej bohaterowie stają się nam bliscy; niezależnie od tego, czy budzą odrazę, czy współczucie. 

Wilczyca z Francji Tom piąty nie zaciekawił mnie tak, jak jego poprzednik. Może dlatego, że następca Filipa V Karol IV Piękny był postacią mało wyrazistą. Filip rządził krótko i zmarł bez męskiego potomka. Wpadł w sidła własnej polityki, zgodnie z którą prawa do dziedziczenia tronu przypisywano wyłącznie mężczyznom (Filipa przeżyły tylko córki). Po przedwczesnej śmierci władcy na tron wstępuje człowiek słaby i nieudolny. Więcej charakteru przejawia jego siostra Izabela – wzgardzona przez (wolącego chłopców) męża króla Anglii Edwarda II. Wykorzystując rodzinną uroczystość przybywa do Francji na dwór brata szukając tutaj pomocy. Czy jednak rodzinne więzy mogą coś znaczyć, kiedy w grę wchodzą interesy różnych grup nacisku i czy zwana Wilczycą z Francji Izabela uwolni się od pogardzającego nią męża. Pozostawię te kwestie bez odpowiedzi.

Jedyny cytat, który sobie wynotowałam to myśl przypisana następcy angielskiego monarchy. Książę Edward wyraził zgodę na wyrok; ale rozważał i w milczeniu jął kształtować pogląd na zachowanie się ludzi wyznaczonych na wysokie urzędy. Słuchać, zanim się powie, dowiadywać się, nim się osądzi, rozumieć, nim postanowi i zawsze pamiętać, że w każdym tkwią równocześnie możliwości dla najlepszych i najgorszych czynów. 
Tom piąty przeczytałam w wydaniu Warszawskiego Wydawnictwa Literackiego Muza. Ma on w przeciwieństwie do tomów wydanych przez Wydawnictwo Otwarte całkiem ładną okładkę (przedstawiającą Damę z jednorożcem). Recenzja po raz pierwszy ukazała się na moim blogu Moje podróże

26 czerwca 2016

Inmoralista Andre Gide


Immoralista Andre Gide,
Wydawnictwo Zielona Sowa
rok 2006.
Ilość stron 119

Po Lochach Watykanu poszłam za ciosem i sięgnęłam po Immoralistę oraz Dziennik Gide`a. O ile Dziennik czytałam długo, właściwie smakowałam go, o tyle Immoralistę niemal połknęłam od razu. Po czym od razu sięgnęłam po książkę raz jeszcze, czując, iż wiele w niej przeoczyłam. 
Lektura niezwykle wciąga; piękny język, oniryczny nastój i bohater, którego zachowanie fascynuje, ciekawi, zadziwia, może nawet bulwersuje. Jak pisze autor w przedmowie opowiadając historię Michała nie starał się niczego dowieść, a jedynie dobrze namalować. Powstał z tego obraz delikatnej urody, mocno intrygujący. Jeszcze wspomagając się słowami Gide`a Immoralista „To owoc pełen piołunu; jest podobny do pustynnych arbuzów, które wyrosłe w miejscach nasyconych wapnem, pozostawiają spragnionym dotkliwsze niż oparzenia pragnienie, ale oglądane na tle złotego piasku nie są pozbawione urody” (str.7)
Michał swe młode lata poświęcił pracy, ruinom i książkom. Mocno zżyty z ojcem, kiedy ten zachorował poślubił Marcelinę. Małżeństwo miało zadowolić ojca. Nie kochał dziewczyny, przynajmniej nie takim rodzajem miłości, jakiej oczekuje się od nowożeńców. Kiedy po śmierci ojca wyjechali w podróż poślubną Michał zachorował. Leżąc chory, z gorączką, dreszczami nagle uświadomił sobie, że całe dotychczasowe życie było jedynie namiastką, … „do tej chwili tak niewiele czułem, myśląc tak wiele, a teraz ku mojemu zdumieniu czucie stawało się równie silne, jak myśl” (str.32). I ogarnia go apetyt na życie, jakiego dotąd nie znał, niezależne, swobodne, blisko natury, nieskrępowane. 
I nagle ogarnęło mnie pragnienie, chęć, coś potężniejszego, bardziej władczego, aniżeli wszystko, co kiedykolwiek dotychczas czułem; żyć. Chcę żyć, chcę żyć. Zacisnąłem zęby i zwarłem palce, skoncentrowałem się cały w szaleńczym, rozpaczliwym wysiłku-prowadzącym ku istnieniu. (Str. 25)
I nabiera pewności, że potrafi wyzdrowieć siłą woli. I zdrowieje. Nie chce nikomu zawdzięczać sukcesu poza sobą (i może żoną). Kiedy Marcelina modli się o zdrowie dla Michała ten prosi, aby tego nie robiła, bo nie chce, aby Bóg… „miał prawo do jego wdzięczności” (str.27). Nie chce zaciągać zobowiązania. 
Początkowo sam nie bardzo rozumie, co oznacza owo – żyć.
…nie potrafiłbym wyjaśnić, co rozumiałem pod słowem żyć, ani tego, że moje upodobanie do pełniejszego życia na otwartej przestrzeni, wolnego od przymusu i liczenia się z innymi, może było sekretnym powodem tłumaczącym moje skrępowanie; na razie ów sekret wydawał mi się bardzo tajemniczy; to sekret wskrzeszonego- myślałem; bo w stosunkach z ludźmi pozostawałem obcy, jak ktoś kto powraca od umarłych. (str. 68)
Od tej chwili Michał zanurza się w życiu; zachłannie i bez pamięci. Odkrywa jego uroki, piękno natury, czar młodości i witalności. Prowadzi badania historyczne, a podziw dla jednego z bohaterów jego rozpraw (Atalaryka) przekłada się na pogoń za życiem, jakie pragnąłby prowadzić.
Wyobrażałem sobie tego piętnastoletniego chłopca, skrycie podżeganego przez Gotów, jak buntuje się przeciw […] swej matce, wierzga przeciw łacińskiej edukacji, zrzuca kulturę jak koń uwalniający się całym ciałem od krępującej go uprzęży i jak przedkładając towarzystwo niecywilizowanych Gotów nad mądrość starego Kasjodora, wiedzie przez parę lat w gronie nieokrzesanych rówieśników-faworytów życie burzliwe, pełne zmysłowości, nieokiełznania, by wreszcie umrzeć w wieku osiemnastu lat, zepsuty ponad miarę, pijany rozpustą. Odnajdywałem w tym tragicznym pędzie ku dzikiej, nietkniętej kulturą egzystencji coś takiego, co Marcelina nazywała z uśmiechem moim „kryzysem”. Poszukiwałem przyzwolenia, bym mógł stosować się do tego przynajmniej umysłem, skoro moje ciało nie brało już w tym udziału; i usilnie przekonywałem sam siebie, iż ze straszliwej śmierci Atalaryka należy czerpać naukę. (str. 49)
Bohater (duchowe alter ego pisarza?) zrzuca krępujące go więzy mieszczańskiej moralności, odrzuca naukę Chrystusa nie mogąc pogodzić się z ceną (posłuszeństwa, pokory, poddania), jaką należałoby zapłacić za niepewną nagrodę w życiu przyszłym i wybiera życie poza dobrem i złem gotów ponieść za to każdą karę.
Michał podziwia wszystko co piękne, silne i zdrowe. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że brakuje mu empatii dla wszystkiego co słabe, brzydkie i chore. Pozostawia na długie godziny ciężarną żonę, aby samemu oddać się nieskrępowanej przyjemności czerpania z życia pełnymi garściami. A kiedy żona zaczyna słabnąć Michał oddala się od nie coraz bardziej.
Choroba weszła w nią, zamieszkała w niej, napiętnowała ją, splamiła. Była to już rzecz uszkodzona. (str. 84)
Autor nie ocenia, jedynie opisuje. Można poczuć, iż wykazuje zrozumienie dla pragnienia takiego życia, choć jest tu i coś, co przeszkadza w pełnej jego akceptacji. Poczucie winy? Gide sam miał dość „skomplikowane” relacje z bliskimi. W jego Dzienniku choć w zawoalowanej formie pojawiają się różne fascynacje młodymi mężczyznami (może nawet chłopcami) i choć wielokrotnie podkreśla, iż w życiu najważniejsza jest szczerość pozostawia sobie margines tajemnicy odnoście intymnych związków. Czy zatem Immoralista to rozdźwięk pomiędzy pragnieniem a powinnością, czy może chęć zadośćuczynienia powszechnym oczekiwaniom, zgodnie z którymi człowieka, który żyje poza dobrem i złem (poza moralnością) spotyka zasłużona kara. Przychylam się do pierwszej tezy, choć i ta druga nie wydaje mi się pozbawiona racji. 
Rewerencja, jaką darzy autor szczerość wobec siebie przejawia się w słowach rozmówcy Michała – Menalka.
…Większość sądzi, że można uzyskać od siebie coś dobrego, wyłącznie uciekając się do przymusu; ludzie podobają cię sobie tylko zafałszowani. Nikt nie pragnie być sobą. Każdy naśladuje obrany przez siebie wzór; nawet go nie wybiera, po prostu akceptuje gotowy. Tymczasem można, jak sądzę, wyczytać w człowieku inne rzeczy. Nikt nie śmie. Nikt nie śmie odwrócić strony. Prawa naśladownictwa; nazywam je prawami strachu. Każdy boi się znaleźć w osamotnieniu; i właściwie wcale nie potrafi się odnaleźć. Ta agorafobia moralna jest mi wstrętna; najgorszy rodzaj tchórzostwa. A przecież wynalazków dokonujemy zawsze sami. Ale któż tutaj chce coś wynajdować? To, co czujemy w sobie różniącego nas od innych, jest właśnie czymś należącym do rzadkości, tym, co przydaje nam ceny, i to właśnie staramy się zniszczyć. Naśladujemy. I twierdzimy, że kochamy życie. (str.76)
Michał cały zatraca się w tym co zmysłowe (nie koniecznie cielesne, choć między wierszami można wyczytać, iż nie stroni od uciech cielesnych i to nie tylko z płcią przeciwną). Jego żądza posiadania dotyczy raczej sfery duchowej niż materialnej. 
Nawet w opisie natury dostrzega się zachwyt nad witalnością życia.
Wszedłem zachwycony w jego mrok [ogrodu]. Powietrze było świetliste. Kasje, których kwiaty rozwijają się o wiele wcześniej od liści, pachniały- o ile wiatr nie nawiewał owej leciutkiej, nieznanej woni, wdzierającej się we mnie, jak mi się zdawało, wszystkimi zmysłami i wprowadzającej mnie w stan egzaltacji. [...] usiadłem jednak na pierwszej z brzegu ławce, raczej upojony i oszołomiony aniżeli zmęczony. (str. 31)
Ta niewielka objętościowo książeczka (119 stron) zawiera takie bogactwo przeżyć, przemyśleń, zagadnień do rozważenia, że ze wszech miar godna jest polecenia. Oczywiście można nie podzielać postawy bohatera, można się od niej odcinać, ale warto nad nią się zastanowić.
Recenzja po raz pierwszy ukazała się na moim blogu Moje podróże
Nie jestem moderatorką tego bloga, więc nie mogę dopisywać kolejnych osób do współtworzenia, jak również ingerować w układ treści, czy dopisywanie nazwisk autorów dla łatwiejszego odnalezienia wpisów. Moderatorka z jakiś nie znanych powodów nie prowadzi już tego bloga. Ponieważ jest to jeden z kilku współtworzonych przeze mnie blogów z góry przepraszam za opóźnienie w odpowiadaniu na komentarze. Każdy mnie cieszy i każdy czytam.

6 marca 2016

Lochy Watykanu Andre Gide


Autor i jego książka wpisany był swego czasu przez Kościół na Indeks ksiąg zakazanych; któż tam zresztą nie figurował. Najświetniejsze umysły zeszłych stuleci, z moich ukochanych Francuzów choćby Balzak, Flaubert, Hugo, Zola (a to tylko parę nazwisk). Swoją drogą ciekawe czy kiedyś zamieszczenie nazwiska na Indeksie było tak samo dobrą reklamą dla książki i jej autora, jak dziś są negatywne wypowiedzi przedstawicieli Kościoła na temat jakiegoś filmu. Myślę, że tak, bo natura ludzka lubi być przekorna i człowiek sięgnie po owoc zakazany prędzej niż po książkę, o której istnieniu bez tego zakazu nawet by nie wiedział. 
W naszych czasach może zadziwiać powód ujęcia książki na indeksie, ale w roku jej wydania (ponad sto lat temu) pisanie o obojętności duchownych na krzywdę ludzką i wykorzystanie cudu nawrócenia dla potrzeb ideologii było jak policzek wymierzony najwyższym władzom duchownym. 
Lochy Watykanu kojarzą mi się z Pustelnią Parmeńską Stendhala w sposobie opisu, klimacie, narracji, ale o ile tamta lektura nieco mnie wynudziła, o tyle tę czytało mi się wyjątkowo lekko. 
Sama historyjka nie jest może wielce zajmująca, ale podobnie, jak u Stendhala jest tutaj opis życia zarówno mniej zamożnej prowincji, jak i arystokracji, jest porwanie (choć fałszywe), jest intryga i próba uwolnienia rzekomego zakładnika. 
Ale to wszystko to tylko tło, bo najważniejsi są bohaterowie.
Jakież wspaniałe typy ludzkie i jak pięknie opisani - trochę ironicznie, trochę żartobliwie, trochę sarkastycznie. Począwszy od drugoplanowej bohaterki - Małgorzaty – żony Juliusa męczennicy z wyboru, której „nieszczęściem życie nie przynosi nic złego, mając od życia samo dobre, jej zdolność mężnego znoszenia cierpień zmuszona jest szukać pokarmu w małych przeciwnościach; korzysta z najdrobniejszych rzeczy, aby zyskać jakąś rankę, zaczepia się i kaleczy o wszystko” (str.29), poprzez Armanda - Dubois, który odnajdując wiarę traci powodzenie życiowe, a poznając prawdę o fałszywym papieżu znowuż tę wiarę porzuca nie chcąc być wystrychniętym na dudka (bo a nuż okaże się, że Pan Bóg też jest fałszywy), aż po Juliusa Baraglioul, który "żyjąc cnotliwie nie ma nic przeciwko życiu w dostatku, bo choć fałszywe dobra odwracają od Boga, to koniec końców należą się one żyjącym zgodnie z wiarą Kościoła", bo „niechże Kościół uczy gardzić nimi, ale niech ich nie pozbawia” (str. 127), czy wreszcie „można być doskonałym chrześcijaninem, nie lekceważąc korzyści związanych z pozycją, w jakiej Bogu spodobało się nas pomieścić” (str. 248). I credo Juliusa „dusze najbezinteresowniejsze nie są koniecznie najlepsze - w katolickim znaczeniu słowa; przeciwnie, z punktu widzenia katolickiego dusza najlepiej urobiona jest ta, która najlepiej prowadzi swoje rachunki” (str. 187). Myślę, że pogląd ten nadal podziela całkiem spora część duchowieństwa (niestety). 
No i w końcu postać Lafcadia, która nasuwała skojarzenie z Dorianem Greyem Wilda. I choć pozornie zupełnie inni, tamten chciał czerpać z życia pełnymi garściami folgując swoim namiętnościom w poczuciu bezkarności, ten nie ma żadnych pragnień, jest znudzony życiem, szuka czegoś, co zapewni mu podnietę, pobudzi go do życia. „Wychowywany” (albo raczej wykorzystywany) przez kochanków matki bękart jest amoralny, wydaje się, że spróbował już wszystkiego, a życie upływa mu bez celu. Wegetuje i wtedy, kiedy nie ma na talerz zupy i wówczas, kiedy otrzymuje pieniądze ze spadku po ojcu. Pewnego dnia pod wpływem impulsu postanawia zabić człowieka, ponieważ taki pomysł wpadł mu do głowy, więc chce się przekonać, czy będzie umiał tego dokonać i co będzie dalej. „Zresztą, nie tyle wypadków jestem ciekawy, ile siebie samego. Niejeden, który uważa się za zdecydowanego na wszystko, w obliczu czynu cofnie się… Jakże daleko jest od wyobrażenia do faktu”(str. 205). 
A kiedy swój zamysł zrealizuje największą odrazą napełnia go fakt, iż zbrodnia mogłaby zostać przypisana komuś innemu. 
Ale czyż postępek Lafcadio spotyka się z potępieniem "uczciwego" Juliusa - nie, bo przecież policja znalazła już sprawcę, więc Lafcadio lepiej by zrobił siedząc cicho. 
Powieść zawiera też humorystyczny element, jest nim farsowy opis przygód Amadeusza, który niczym Don Kichot na walkę z wiatrakami wyrusza uwolnić z opresji papieża. Biedny, naiwny, prostoduszny człowieczek, któremu przyjdzie zapłacić najwyższą cenę za swą chęć niesienia pomocy. 
Lochy Watykanu to dla mnie książka o obłudzie, wierze podporządkowanej potrzebom chwili. Antym wierzy, dopóty, dopóki jest nadzieja, iż dzisiejsza wiara da mu lepsze życie przyszłe, a także dopóty, dopóki wiara daje nagrodę w pozbyciu się kalectwa, Julius wierzy, bo jego wiara nie wymaga wyrzeczeń, z łatwością godzi potrzebę duszy z dostatnim poziomem życia. 
To także książka o genezie zbrodni, a może raczej; o bezkarności i karze. Lafcadio twierdzi, iż nie boi się wyrzutów sumienia, a jednak mówi, że „żył nieświadomie, zabił jak we śnie, to koszmar, w którym się szamocze od tego czasu” (str.260). Jest w tym coś z Dostojewskiego. 
To bardzo udane pierwsze spotkanie z pisarzem.
Recenzja po raz pierwszy ukazała się na blogu moje podróże, została zamieszczona także na blogu Projekt nobliści oraz klasyka literatury popularnej. 

11 stycznia 2016

Piaf w stulecie urodzin (Piaf! The show)

Zdj. Dominik Staniszewski (publ. na portalu trójmiasto.pl) 

O koncercie dowiedziałam się przez przypadek. Przypadek miał na imię Marcin i przysłał mi smsa, kiedy leżałam z chorym gardłem, a może migreną - nie pamiętam (było to dość dawno temu). W każdym razie to był bardzo szczęśliwy przypadek.
Nie będę udawać, iż poszłam z powodu Anne Carrere, o której nie słyszałam nigdy wcześniej. Magnesem była Piaf, którą ogromnie lubię, a od czasu, kiedy dowiedziałam się nieco więcej o jej życiu stała się jeszcze bliższa. Fragment jednej z jej piosenek (o czym pisałam kilkakrotnie) towarzyszy mi od lat, jako życiowe motto i mam nadzieję, iż będzie towarzyszyć do końca.
Jednak coś przecież jest Co zostaje, nie idzie donikąd
Jakaś reszta na dnie
Co nie ciszą jest, nie
Bo ta reszta jest właśnie muzyką


W tym roku minie sto lat od dnia narodzin najbardziej znanego wróbelka świata. Z tej okazji przygotowano widowisko, które nie najszczęśliwiej zostało nazwane Piaf! The Show. Tytuł komercyjny, ale za to widowisko fantastyczne. 
Występująca w roli Piaf Anne Carrere ma fantastyczny głos i jest najlepszą (jaką słyszałam) wykonawczynią utworów Edith. Śpiewa je inaczej, po swojemu, oryginalnie, ale z taką samą pasją i zaangażowaniem, a że głos ma ciekawy i mocny, to oczarowała publiczność. 
W pierwszej części koncertu śledzimy początki kariery Piaf i mniej znane utwory. Wokalistka, której towarzyszy czterech muzyków, skromnie ubrana, w fartuszku kelnerki, w butach na płaskim obcasie i prawie bez makijażu, tudzież w kurteczce i berecie śpiewa w imitującej knajpę lub francuską uliczkę scenerii. Ustawiona na scenie pod latarnią ławeczka, oparty o nią rower, butelka i kieliszki wina, stroje z początku ubiegłego stulecia, wszystko to doskonale harmonizuje ze zdjęciami Paryża pojawiającymi się na ogromnym ekranie nad głowami muzyków.

Zdj. Dominik Staniszewski (publ. na portalu trójmiasto.pl) 

Urokliwe zdjęcia (a dla mnie każde zdjęcie tego miasta jest urokliwe) i piosenki Edith śpiewane w oryginalnej wersji językowej, (i to jak śpiewane) spowodowały, że ogarnęła mnie ogromna tęsknota i żal, że nie byłam tam od roku. Anne Carrere potrafi doskonale tworzyć klimat. I mimo, iż większość nie znała języka, mimo, że połowa utworów była dla wielu nieznana, to publiczność siedziała, jak zaczarowana, zasłuchana, a może nawet chwilami nieobecna, jeśli podobnie, jak ja przeniosła się na schody na Montmartrze pod Sacre Coeur. 
Druga część spektaklu był to koncert, gdzie Piaf (przepraszam Carrere) wykonywała utwory, które zapewniły Edith rozgłos i popularność. Nadal skromna, ale już mocniej umalowana, w butach na obcasie, nieodmiennie w czarnej, prostej sukience śpiewem porywała widownię. Porwała ją nawet do śpiewania po francusku La vie en rose. Na ekranie pojawiały się teraz zdjęcia Piaf z jej życia pozascenicznego. Największy aplauz tradycyjnie wzbudziło brawurowo wykonane Non, je ne regrette rien.
Donośny, ekspresyjny głos, talent aktorski i umiejętność nawiązywania relacji z widownią sprawiły, że był to niezapomniany wieczór.


Szczególnie wyróżnieni mogli się poczuć panowie, których wokalistka zaprosiła do współpracy, z jednym zatańczyła, dla innego zaśpiewała, jeszcze innego zaprosiła na scenę, do odegrania roli Milorda. Hymn miłości dedykowany ukochanemu wzruszył nie tylko publikę, ale i samą artystkę. Łzy na scenie, o ile nie są wyreżyserowane są niezwykle urocze, bo pokazują inną twarz artysty. A te na pewno nie były wyreżyserowane. 
To był fantastyczny wieczór. 
Spektakl miał miejsce 7.10.2015 r. w Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku. 
Tekst po raz pierwszy zamieściłam na blogu Moje podróże.

3 stycznia 2016

Zdobycz Emil Zola


Jadalnia Napoleona III Luwr (tak mi się skojarzyło z epoką przebudowy Paryża)
Dawno już nie czytało mi się tak lekko i z taką przyjemnością. Zola potrafi malować słowami i uwodzić opisem. Paryż w jego wydaniu jest niczym rajski ogród, pełen przepychu i bogactwa, nawet, jeśli to tylko powierzchowna fasada, która szpetotę i zgniliznę moralną jego mieszkańców ukrywa w urzekająco pięknym otoczeniu. 
W drugiej części cyklu Rougon-Macqartowie autor rozprawia się z złodziejstwem i spekulacjami drugiego cesarstwa czyniąc bohaterem swej powieści Arystydesa Rougnon i członków jego rodziny (?) Tyle, że rodzina to pojęcie niezbyt pasujące do tworu, jaki powstał z połączenia nienasyconego chęcią zdobywania milionów parweniusza, bez skrupułów ze znudzoną życiem w luksusie Renatą oraz narcystycznym hermafrodytą Maksymilianem, żyjącym chwilą, bezwolnym synem Arystydesa i pasierbem, jego żony. 
Arystydesa, który pod naciskiem brata (ministra) zmienia nazwisko na przypominające suchy brzęk złota Sacchard „dobre, aby dostać się na galery lub zrobić miliony” zajmuje wyłącznie pomnażanie majątku. Jest w swej żądzy nieugięty, nie ma podłości, jakiej by się nie podjął dla pozyskania „paru franków”; ograbienie wspólnika czy żony, wyswatanie syna z kaleką, wyłudzenie z państwowej kasy milionów za ruinę niewarta nawet małej części jej wartości to dla niego codzienność. 
Jego młoda i śliczna żona, kapitał zakładowy, który zyskał, dzięki „szczęśliwemu zbiegowi okoliczności” (śmierć pierwszej żony i „kompromitacja” drugiej) znudzona wszystkimi rozkoszami, jakich zdążyła zaznać (bogactwo, powodzenie, romanse) szuka czegoś, co zapełniłoby jej pustkę. 
Już od pierwszej sceny, w której macocha zwierza się pasierbowi, że swoich pragnień otrzymania czegoś nieokreślonego widać, jaka będzie puenta ich wzajemnych relacji. 
Maksym „osobliwa mieszanina nienasyconych apetytów ojca i indolencji matki, zrobaczywiały owoc, w którym wady obojga uzupełniły się i pogłębiły”, wyrasta wśród przyjaciółek macochy, kobiecych łaszków, często w niewieścim przebraniu, traktowany, jak zabawka, laleczka, zniewieściały i bezwolny. Poddaje się równie łatwo miłosnym uściskom Renaty, jak i matrymonialnym planom ojca. 
Galerię typów spod ciemnej gwiazdy uzupełnia rajfurka Sydonia, siostra Arystydesta osoba o nieciekawej powierzchowności i nędznego charakteru. 
Zgodnie z założeniem autora cyklu Zdobycz to analiza złodziejskich spekulacji i oszustw II Cesarstwa, jakich dopuszczają się urzędnicy miejscy, którzy w planie rozbudowy Paryża dojrzeli możliwość zbicia milionowej fortuny, skupując grunta przeznaczone w planach do wywłaszczenia, podbijając ich cenę i otrzymując krociowe odszkodowania. Opis całego procederu jest tyleż fascynujący, co nużący dla czytelnika, dla którego kwestia pomnażania kapitału jest całkiem obca. Jednakże bez opisu procederu, jakiemu oddawał się Arystydes i jemu podobni nie byłaby Zdobycz tak wiarygodnym obrazem epoki. 
Z jednej strony jest złodziejska spekulacja i rodzenie się krociowych majątków, coś co w pewien sposób, mimo wstrętu budzi podziw dla talentów spekulanta, a z drugiej pustka, marnotrawienie czasu i pieniędzy na jałowe rozrywki (bale, operetki, przejażdżki, wizyty u krawców) oraz opis rozpasanego życia znudzonych przedstawicieli biznesu i ich „rodzin”. 
Zola piętnuje klasztorne wychowanie, w wyniku którego panna z dobrego, mieszczańskiego domu „wynosi duszę zbrukaną, serce odarte z dziewictwa” i ciekawość zakazanego owocu, piętnuje zniewieściałych młodzieńców marnotrawiących rodzinne fortuny, piętnuje moralność kobiet, którym splendoru dodaje częsta zmiana kochanków i piętnuje małość ludzi, którzy stanowią elitę społeczeństwa z racji posiadanego kapitału. 
Powieść na przykładzie „rodziny” Arystydesa ukazuje obraz stosunków społecznych z czasów przebudowy Paryża za barona Hausmana, to one są tutaj najistotniejsze, dlatego też trudno byłoby doszukać się psychologii jednostkowego bohatera. Zarówno Arystydes, jak i Maksym, Renata, czy Sydonia są jedynie typem bohatera, a nie bohaterem samym w sobie. 
Obraz był tak niepokojąco prawdziwy, iż autor został wezwany przez prokuratora i nakłoniony do zaprzestania druku. W liście do przyjaciela napisał: …Nuta złota i zmysłów, szmer milionów i potężniejący wrzask orgii brzmiały tak silnie, że postanowiłem napisać Zdobycz. … Nie można oskarżyć mnie o przejaskrawienie barw. Odwrotnie, nie ośmieliłem się nawet napisać wszystkiego. Zarzucana mi zuchwałość w mówieniu o sprawach drastycznych cofała się niejednokrotnie przed dokumentami, które posiadam”. (Emil Zola Halina Suwała str. 132).
Salon Napoleona III w Luwrze 
Zdobycz obfituje w bogate, pełne detali opisy. Są one niezwykle kunsztowne, niemal malarskie, wręcz baśniowe. I jest to zarówno zaletą powieści, jak i może być jej wadą. Nie każdego czytelnika zachwyci (mnie zachwyciła) powieść zbudowana z fotograficznych klisz/ obrazów miejsc, toalet, ogrodów, pejzaży. I nawet mimo woli dałam się uwieść cudownym opisom.
W rozedrganym mroku, za rzeźbionymi oparciami krzeseł boazerie, duży niski kredens, rozpostarte tu i tam płaty aksamitu majaczyły zaledwie. Mimo woli wzrok powracał ku stołowi, nasycał się jego przepychem. Środek zajmowało piękne surtout [ozdobny talerz] z matowego srebra o połyskującej cylezurze; przedstawiało ono grupę faunów porywających nimf; ponad nią, z szerokiego rogu opadały kiście naturalnych kwiatów olbrzymiego bukietu. Ustawione po dwóch krańcach wazy również pełne były kwiatów. Dwa kandelabry, związane z grupą środkową – dwóch satyrów w biegu, unoszących na jednej ręce zemdloną kobietę, a drugą podtrzymujących dziesięcioramienny świecznik- migotem świec pomnażały jeszcze blask żyrandola. Pomiędzy tymi ozdobami stały symetrycznie mniejsze i większe grzejniki z pierwszym daniem, a obok nich muszle z przystawkami, porcelanowe kosze, kryształowe czary, płaskie talerze, kompotiery na podstawkach, zawierające część deseru już podaną na stół. Wzdłuż kordonu talerzy armia kieliszków, karafek z wodą i z winem, małych solniczek - cała ta kryształowa zastawa była delikatna i lekka jak muślin, bez jednego rżnięcia, i tak przezroczysta, że nie rzucała ani odrobiny cienia. Surtout i większe nakrycia przypominały fontanny ognia; połyskliwymi ściankami grzejników przebiegały błyski; widelce, łyżki, noże o rękojeściach z perłowej masy tworzyły płomienne smugi; kieliszki rozpinały tęczowe łuki, a pośród tej ulewy iskier, tej masy rozpalonej do białości, karafki z winem znaczyły obrus plamami czerwieni. (Str. 28 Zdobycz Emil Zola Wydawnictwo Opolpress)
Natomiast poniższy zmysłowy opis oranżerii musiał rozpalać wyobraźnię czytelniczek na równi z opisem miłosnych uścisków kochanków. 
Spryskane czerwienią liście begonii i podobne do lanc białe liście popłanów stanowiły dalszy ciąg niezrozumiałych dla Renaty i Maksyma okaleczeń- tu i ówdzie dostrzegali jakby krągłe biodro lub kolano tarzające się po ziemi w brutalnej pieszczocie. Drzewa bananowe uginające się pod kiściami owoców mówiły im o hojnej płodności ziemi, a wilczomlecze, których pokraczne, kolczaste świece, pełne wstydliwych gruzłów majaczyły w mroku, zdawały się ociekać sokiem, występującą z brzegów ognistą strugą życia. W miarę jak spojrzenia ich zagłębiały się w zakamarki cieplarni, ciemność wypełniała się coraz zajadlejszą rozpustą liści i łodyg; nie rozróżniali już aksamitowców, łagodnych w dotyku, gloksynii o fioletowych dzwonkach, dracen podobnych do płytek lśniącej laki – był to jeden żywy krąg roślin złaknionych siebie i nienasyconych. Zasłonięte firankami lian altany rozpłomieniały zmysłowe marzenia Renaty i maksyma, zwinne pędy waniliowców, jadowic, kwiskwalisów, nadwoi stanowiły nie kończące się ramiona ukrytych kochanków, w łapczywym uścisku zgarniających wszelką rozkosz.  (Str.205 Zdobycz Emil Zola)
Wpis po raz pierwszy opublikowałam na blogu moje podróże

26 sierpnia 2015

A zabawa trwała w najlepsze. Życie kulturalne w okupowanym Paryżu. Alan Riding

Wydawnictwo Świat Książki, rok wydania 2012
Gdybym miała wyciągnąć z lektury najważniejszą myśl, to najlepiej oddałyby ją zacytowane we wstępie stwierdzenie - Jeśli ktoś nie przeżył horroru bycia okupowanym przez obce mocarstwo, nie ma prawa pouczać kraju, który ma to za sobą (str. 11). Dodałabym do tego, iż jeśli ktoś nie przeżył horroru okupacji nie ma prawa osądzać zachowań ludzi, którzy jej doświadczyli. 
Przedmiotem badań nie są działania profaszystowskiego rządu marszałka Petaina (uosabiające wstydliwy okres w historii Francji), ale postawa szeroko rozumianego kręgu ludzi sztuki podczas okupacji. To im poświęca w swym opracowaniu najwięcej miejsca zaznaczając jednocześnie, iż wydawanie jednostronnych osądów nie jest łatwe, a wymaganie od artystów bycia moralnymi przywódcami narodu jest wymogiem na wyrost. Najważniejsze postaci [kultury] zachowywały się tak, jak reszta społeczeństwa, choć w ich przypadku było to o tyle ważniejsze, że artystyczne powołanie czyniło z nich wzory do naśladowania, toteż oceniano ich później według wyższych standardów.(str.10)
I choć autor stara się unikać oceniania to pokazuje typową postawę Francuzów podczas wojny, która oznaczała nieangażowanie się, dystans, nieopowiadanie się po żadnej ze stron. Pamięć o rzezi, jaką przyniosła I wojna światowa, była silna wśród intelektualistów i polityków, umacniając pacyfizm i przekonanie, że Hitlera da się ułagodzić. (str. 38)
A z drugiej strony było rozczarowanie dotychczasową polityką rządów, bo jak mówił Sartre W 1939 roku baliśmy się śmierci, cierpienia za sprawę, która nas brzydziła. To znaczy za obrzydliwą Francję, skorumpowaną, niesprawną, rasistowską, antysemicką, rządzoną przez bogaczy i dla bogaczy; nikt nie chciał za to umierać, dopóty, dopóki- no cóż- zrozumieliśmy, że naziści byli jeszcze gorsi (str. 54).
Tyle, że to zrozumienie przyszło dość późno. A do tego czasu „zabawa trwała w najlepsze”; działały kina, teatry, wodewile i kabarety, odbywały się premiery nowych sztuk i oper, a na widowni obok umundurowanych okupantów zasiadali Francuzi. Niemcy chcieli, aby w narodzie istniało przekonanie, iż nic się nie zmieniło.
Pisarze chętnie wydawali swoje dzieła, a dziennikarze prześcigali się w pochlebstwach dla Niemców i piętnowaniu ludności żydowskiej. 
Czując się bezsilni, przyjęli postawę przeczekania, attentisme, pozwalającą im dalej wieść własne życie- pisać, malować, występować, uczyć - w oczekiwaniu na ocalenie przez jakieś zewnętrzne siły, najpewniej Stany Zjednoczone. (str. 131)
Lista źródeł, z jakich korzystał autor jest imponująca, a indeks nazwisk i dzieł pojawiających się na jej kartach liczy ponad dwadzieścia stron. 
Pojawia się tu sporo znanych nazwisk, a jeszcze więcej takich, które nieobeznanemu czytelnikowi niewiele powiedzą, ale choć autor opisuje zachowania konkretnych ludzi tak naprawdę pokazuje zachowanie całego narodu. I choć istniały wyjątki, które podejmowały walkę, to gro Francuzów akceptowało, albo jedynie dystansowało się od otaczającej rzeczywistości. Autor próbuje znaleźć odpowiedzi na pytania o powód takich zachowań; godzenie się z okupacją, napiętnowanie obywateli żydowskich, czy wreszcie szybkie wymazanie z pamięci niechlubnej przeszłości wojennej.
Książka, choć momentami przytłacza wielością nazwisk, czy drobiazgowością opisu pobudza do refleksji na temat ludzkiej natury i zachowań człowieka w sytuacjach ekstremalnych.
Zawsze interesowało mnie, jak podczas wojny chroniono dziedzictwo kulturowe. 
Tratwa Meduzy
W jednej dziedzinie rząd Daladiera był jednak przygotowany. Już we wrześniu 1938 roku, po tym jak Niemcy zajęły Sudety, Mona Lisa i kilka innych arcydzieł tymczasowo wysłano do zamku Chambord w dolinie Loary. Rok później, kiedy wypowiedziano wojnę, w Luwrze wcielono w życie plan ewakuacji większości muzeum. W ciągu mniej niż miesiąca 3691 obrazów zdjęto ze ścian, starannie opakowano, załadowano do ciężarówek i w trzydziestu siedmiu konwojach wysłano do zamku Chambord, choć samą Monę Lisę przeniesiono wkrótce do Louvigny, w zachodniej części doliny Loary. Luwr miał pełne prawo być zadowolony z tej operacji. Ogromny obraz Veronesego, Gody w Kanie, wyjęto z ram i zwinięto, a niewiele mniejszą Tratwę Meduzy Gericaulta umieszczono do transportu w długim, drewnianym kontenerze. Wiele posągów i rzeźb musiano jednak zostawić na jakiś czas w piwnicach, później miano zbudować schrony przeciwlotnicze. Wyjątek uczyniono dla dwóch greckich skarbów, Nike z Samotraki i Wenus z Milo, które spędziły wojnę w zamku Valencay. (str.47- 48)
Mona Lisa (zdjęcie robione zza czyichś pleców)
Wkrótce po upadku Paryża Niemcy zażądali informacji, co stało się z 3691 obrazami, które w 1939 roku zostały zabrane z Luwru i ukryte w różnych miejscach Francji. Niektóre z nich przenoszono po kilka razy- Mona Lisa, zabrana w listopadzie 1939 roku z Chambord do Louvigny, w czerwcu 1940 roku trafiła do opactwa w Loc-Dieu, na wschód od Bordeaux, w październiku tego samego roku do Muzeum Ingres`a w pobliskim Montauban, a wreszcie w marcu 1943 roku do zamku Montal, w południowo-zachodniej części Francji, gdzie spędziła resztę wojny pod łóżkiem pewnego kuratora z Luwru. (str.198)
Za polecenie lektury dziękuję Zacofanemu w lekturze.
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.
I znów kłopot z etykietą; literatura francuska? wszak autor to Brytyjczyk urodzony w Brazylii:)
Recenzja została opublikowana po raz pierwszy na moim blogu Moje podróże.
Ewentualnych zainteresowanych przystąpieniem do wyzwania ze smutkiem informuję, iż z moderatorką bloga nie mogę się skontaktować od dawna, tak więc blog pozostaje czasowo zamknięty do ewentualnych nowych zainteresowanych. 

17 lutego 2015

Stracone złudzenia Honore de Balzac

Stracone złudzenia - wydawnictwo Gazety Wyborczej, ilość stron 605, tłumaczenie Tadeusz Boy-Żeleński

Przeczytawszy Stracone złudzenia nie potrafię już nazwać Balzaca pisarzem dziewiętnastowiecznym. Historia rozgrywająca się na kartach powieści przedstawiona została co prawda w scenerii epoki, (w której królują muślinowe suknie, nankinowe spodnie i gustowne fraczki), jednak stosunki międzyludzkie oraz obraz natury człowieka łaknącego sukcesu stanowi odbicie rzeczywistości nie tej sprzed lat dwustu (a przynajmniej nie tylko), ale tej całkiem nam bliskiej. 

Na powieść składają się trzy części (Dwaj poeci, Wielki człowiek z prowincji w Paryżu, Cierpienia wynalazcy), z których każda mogłaby stanowić odrębną całość. 
Stracone złudzenia to obraz Francji (reprezentowanej przez stołeczny Paryż i prowincjonalne Angouleme) w czasach Restauracji. 
Młody, zdolny i pełen uroku poeta pragnąc zdobyć sławę i fortunę z naiwnością i zachłannością dziecka rzuca się w wir romansu ze starszą, zamężną i ustosunkowaną kobietą. Porzucony z obawy przed śmiesznością związku z człowiekiem, który nie potrafi się odpowiednio zaprezentować Lucjan popada w nędzę. Owładnięty pragnieniem wydania powieści (której od nikomu nieznanego poety nikt nie chce nie tylko kupić, ale nawet przeczytać), a także żądzą zemsty decyduje się podjąć pracę dziennikarza, mimo ostrzeżeń "przyjaciela", który ukazuje mu kulisy fachu. Lucjan zaślepiony żądzą przyszłej sławy chce wspiąć się na szczyt jak najszybciej, oddałby duszę diabłu, cóż zatem szkodzi ubrudzić trochę ręce. 
Cóż z tego, że Dziennikarstwo to piekło, otchłań niesprawiedliwości, kłamstwa, zdrady, której nie można przejść i z której nie można wyjść czystym, chyba mając za przewodnika, jak Dante laur Wergilego. (str.207)
Nie przekonują żadne argumenty, kiedy na horyzoncie majaczy możliwość odwetu na niedoszłej kochance i jej towarzystwie. 
„Przyjaciel” przestrzega Wmieszasz się z konieczności w straszliwe walki dzieł, ludzi, partii, gdzie trzeba się bić systematycznie, aby nie być opuszczonym przez swoich. Te niegodne walki wyczerpują duszę, każą serce i zużywają je, wysiłki twoje służą często na to, aby uwieńczyć człowieka, którego nienawidzisz, jakiś półtalencik, który ty wbrew woli musisz wynosić pod niebiosy. Życie literackie ma swoje kulisy. Sukces kradziony, czy zasłużony, spotyka się z poklaskiem; środki zawsze wstrętne, komparsi otoczeni glorią, klakierzy i posługacze, oto co kryją kulisy. Jesteś dotąd na sali widzów. Jeszcze czas, cofnij się, nim postawisz nogę na pierwszy stopień tronu, gdzie walczy z sobą tyle ambicji, nie paskudź się, jak ja, aby żyć. (str.221)
Cóż jednak znaczą wszelkie argumenty, co znaczą oszustwa, kupowanie poparcia, fałszywe recenzje, niszczenie kariery, czy życia człowieka (przyjaciela nawet), jeśli nagrodą jest kolejny szczebelek drabiny i przyszła sława. Lucjan jest młody i niedoświadczony, naiwny i nienasycony. Dlaczegóż miałby przejmować się jedną podłością więcej, skoro obdarcie najbliższych ze wszystkich pieniędzy nie wywarło na nim najmniejszego wrażenia. A skoro, jak mówi przyjaciel aby żyć, każdy musi pogrążyć się w tym bagnie nieuczciwości, przekupstwa, kłamstwa, podłości, sprytu, Lucjan nie widzi powodu do wahań. Przecież – jak mówi „przyjaciel” Nie sądź, że świat polityki jest o wiele piękniejszy niż literacki; tu i tam wszystko jest przekupstwem, każdy albo kupuje, albo sprzedaje się (str.222)
Balzac odsłania coraz to nowe kulisy fałszu; w teatrze, gdzie o sukcesie sztuki decyduje nie jej wartość, ale odpowiednia recenzja (kupiona ilością sprezentowanych lóż czy biletów), klaka, odpowiedni kochanek wreszcie; w literaturze, gdzie, aby wydać książkę trzeba dobrze przekupić wydawcę; świecie handlu, gdzie silniejszy zwalcza konkurencję wszelkimi sposobami dbając jednocześnie, aby słaba nie upadła, bowiem następca może okazać się zbyt silnym i groźniejszym rywalem niż zwalczony konkurent. 
Ta sława tak upragniona, jest prawie zawsze koronowaną nierządnicą. (Str.223)
Hasła równości i braterstwa, jakie jeszcze niedawno przyświecały rewolucji dawno legły w gruzach, a ci, którzy powoływali się na jej idee teraz szukają szlacheckich przodków. Opis początków epoki, w której rządzi kapitał jak nic przypomina obraz tego, co dzieje się dzisiaj w naszym kraju. Nieuczciwość, przekupstwo, fałsz, zmienianie zdania w zależności od potrzeby, niszczenie zdolniejszych i bardziej utalentowanych, brak sumienia. 
Czytając Stracone złudzenia poczułam po raz pierwszy, że nie tylko doceniam Balzaca, jako pisarza, nie tylko chylę czoła przed jego talentem i umiejętnością obserwacji i wyciągania właściwych sądów, ale w końcu trafiłam na książkę, od której lektury nie mogłam się oderwać. I ... polubiłam Balzaca, dzięki tej książce.
Dla znawców biografii pisarza dodatkową zaletą powieści będzie odnajdywanie podobieństw pomiędzy głównym bohaterem a pisarzem. Może dlatego autor, mimo krytycznego przedstawienia Lucjana darzy go sympatią i zrozumieniem. Jest w tym sporo autoironii i umiejętności spojrzenia na siebie z dystansem.
Jest tutaj troszkę rozbudowanych opisów, które dzisiejszego czytelnika mogą znużyć (mnie o ziewanie przyprawiły rachunkowe kalkulacje lichwiarskie, ale jak wiemy, dla pisarza był to temat niezwykle ważny i bliski). Uważam jednak, że bez szkody dla lektury można je opuścić. 
Myślę też, że wielce przyczynił się do odbioru dzieła tłumacz Boy-Żeleński. To dzięki niemu język powieści, mimo upływu lat jest wyjątkowo strawny. 
Stracone złudzenia uświadomiły mi, iż mimo gromadzonych latami doświadczeń wciąż ulegam złudzeniom. Czy kiedyś je utracę na zawsze? Może wówczas, kiedy zastosuję się do rady, jakiej hiszpański kanonik (diabeł kusiciel) udzielił Lucjanowi – uważaj ludzi, a zwłaszcza kobiety, jedynie za narzędzia, ale nie pozwól im się tego domyślać. Uwielbiaj jak bóstwo, tego kto stojąc wyżej od ciebie, może być ci użyteczny, i nie opuszczaj go, póki nie opłaci na wagę złota twego służalstwa. W stosunkach ze światem bądź twardy, jak Żyd i jak on uniżony, czyń dla władzy wszystko to, co on czyni dla pieniędzy. (str. 568-569)
I jeszcze jeden cytat (z całego bogactwa spostrzeżeń pisarza), który niezmiernie przypadł mi do gustu
Kwestia stroju jest zresztą niezmiernie doniosła dla tych, którzy chcą mieć pozór, że mają to, czego nie mają; często najlepszy sposób, aby to posiąść później. (str.151)

30 stycznia 2015

Toulouse Lautrec Biografia Julia Frey

Czytałam Moulin Rouge Pierra La Mure i byłam przekonana, iż ciekawszej książki na temat hrabiego Henriego Toulouse Lautreca, malarza, skandalisty, kalekiego karła, autora litografii, plakatów, okładek książek i nut, bywalca najmroczniejszych zaułków Paryża schyłku XIX wieku, bywalca wystaw malarskich, cyrków, teatrów, zawodów sportowych, tancbud, kabaretów, domów publicznych nie znajdę. Myliłam się. Książka La Mure to w zasadzie powieść biograficzna i choć zawiera ona sporo informacji, które można uznać za rzetelne, to jednak beletrystyka. Nawiasem mówiąc bardzo dobra beletrystyka, aczkolwiek mam wrażenie, że samemu bohaterowi nie przypadłaby do gustu. La Mure przedstawia malarza niemal wyłącznie, jako człowieka nieszczęśliwego, skupionego na poszukiwaniu miłości, której nie odnalazł, a tym samym człowieka niespełnionego. Nawet, jeśli Henri cierpiał z tego powodu nigdy nie pozwoliłby, aby ktokolwiek (w tym czytelnicy historii jego życia) litowali się nad nim. 
Julia Frey opisuje Henriego w sposób o wiele bardziej zróżnicowany, wymykający się schematom. Henry to człowiek o nieograniczonym apetycie na życie we wszelkich jego aspektach, przy czym miłość jest jednym (a nie jedynym) z nich. 
Autorka wykonała mrówczą pracę przedzierając się przez gąszcz
źródeł oraz korespondencję malarza i jego bliskich, aby wyłonić z nich portret jak najbliższy prawdy. Jest to portret podobny do obrazów, jakie malował Henri; wieloznaczny, dający szerokie pole do interpretacji; jego bohater nie jest może piękny, ale za to jest niezwykle zajmujący, autorka maluje tak, jak gdyby zajrzała w głąb duszy artysty, bez hołubienia, ale z dużą dozą sympatii. 
Arystokratyczny rodowód, nazwisko, które zobowiązuje (przez całe życie będzie zarówno pomocą, jak i balastem), spokrewnieni rodzice -kuzynostwo w pierwszej linii (czego efektem było kalectwo syna), niedopasowanie charakterologiczne matki i ojca (ona - żarliwa katoliczka, purytanka, żeby nie powiedzieć dewotka, zapatrzona w syna i oddana modlitwom, on - lekkoduch, nie potrafiący zagrzać miejsca, prowadzący koczownicy tryb życia, żyjący na pokaz), ułomność fizyczna i brzydota to dziedzictwo Henriego. Dziedzictwo, które ciążyło, jak garb, a które determinowało jego zachowanie i sposób życia.
Życie z powściągliwą w okazywaniu uczuć matką i rzadkie kontakty z ojcem nauczyły go od dzieciństwa interpretować wszystkie odcienie skrywanych emocji. Str.218
Kiedy dodamy do tego liczne pobyty w uzdrowiskach i zakładach zamkniętych nie dziwi pancerz cynika, jaki przybierał Henri.
Wrażliwy i skryty uwielbiał być w centrum zainteresowania, bawić towarzystwo, błaznować, szokować mieszczańską społeczność. Z jednej strony miał poczucie sprzeniewierzania się wartościom pielęgnowanym przez jego arystokratycznych przodków, a z drugiej nie potrafił żyć konwenansami. Rodzina (a zwłaszcza ojciec) oczekiwała, iż zaszyje się gdzieś na prowincji, nie wystawiając na widok publiczny, tymczasem Henriego rozpierała zachłanna pasja życia i tworzenia. 
Lubił się wyróżniać, chciał być popularny, przeciętność i normalność były mu obce. Pragnienie popularności zaspokajał „masową” produkcją swoich dzieł (publikacja reprodukcji w prasie, plakaty, okładki książek i nut). Bulwersował otoczenie zarówno swoją sztuką (jej techniką i tematyką), jak i swoim życiem (alkoholizm, wizyty w tancbudach i najbardziej podejrzanych spelunkach, pozostawanie w dobrych stosunkach z prostytutkami, czasowe mieszkanie w burdelach, które wyznaczał też na miejsce spotkań z wydawcami czy marszandami). 
Był człowiekiem niezwykle towarzyskim, a jednocześnie bardzo samotnym, dobrym przyjacielem, ale też despotycznym tyranem dla bliskich, oddanym synem, niezwykle pracowitym człowiekiem, głodnym nowych doznań, wielbicielem wszelkich nowinek, zwolennikiem postępu. Człowiek o niezmiernie złożonej osobowości, a jednocześnie niezwykle utalentowany artysta.
…Henri prowadził bardzo bogate życie towarzyskie. … miał wielu serdecznych przyjaciół i dobrze się z nimi bawił. Jeżeli popadał w przygnębienie to tylko z kłopotów ze zdrowiem lub z pracą. Niewiele wiadomo o jego życiu intymnym, najwyraźniej stanowiło ono sferę odrębną w jego kontaktach z ludźmi, towarzysko natomiast lubił przebywać w większych gronach przyjaciół i znajomych. Jego przyjaźnie z mężczyznami, zarówno głębokie, jak i te bardziej powierzchowne, dawały mu wiele radości. Był ogólnie lubiany. Jego żarty nie były okrutne, a kpiąc ze swoich ułomności, ośmielał tych, których wprawiały one w zakłopotanie. Str. 224
A przy tym wszystkim
Jego przyjaciele, zarówno kobiety, jak i mężczyźni uważali, że przy całym swym nieodpartym uroku był bezlitosnym despotą. Str. 316.
Należał do osób, które umierają wcześnie, bo żyją zbyt intensywnie i zdawał sobie z tego sprawę. Syfilityk, który spędzał całe noce na hulankach, z kabaretów, czy knajp wychodził nad ranem, nadużywał alkoholu, zasypiał w miejscach publicznych, aby rano pojawić się w drukarni, gdzie osobiście nadzorował pracę nad litografiami. Bywalec Opery i Teatrów potrafił oglądać przedstawienia po kilkanaście razy, przy czym interesował go obraz; ruch, scenografia, gest, fragment postaci, układ dłoni, nie słuchał kwestii wypowiadanych, czy wyśpiewywanych przez aktorów. 
Bal w Moulin Rouge (z La Goulue na pierwszym planie)- mój ulubiony obraz malarza
Uwielbiał podglądać życie w jego najpodlejszych aspektach; obserwował tancerki, prostytutki, cyrkowców, sportowców, kryminalistów, pijaków, aby z brudu życia wyciągnąć jego piękno. Lubił obserwować kobiety lekkich obyczajów w sytuacjach, w których te nie musiały niczego udawać; po pracy, podczas toalety, przed wizytą u lekarza, kiedy były zmęczone, smutne, zgaszone, kiedy ich nagość nie budziła pożądania, ale współczucie, a może nawet jakąś tkliwość. 
Każda brzydota ma jakąś piękną stronę; fascynujące jest odkrywanie piękna tam, gdzie nikt inny go nie dostrzega. Str. 343
 
Klaunessa Cha-U-Kao, obraz zakupiony przez Camondo
Biografia jest bogatym źródłem informacji na temat Henriego, trudno oderwać się od lektury. Autorka już we wstępie zaznacza, że pisze o rzeczach potwierdzonych, a wszędzie tam, gdzie istnieją wątpliwości zaznacza to. Imponująca jest bibliografia, która zajmuje kilkanaście (ponad szesnaście) stron. Książka jest bogato ilustrowana, zarówno kolorowymi reprodukcjami sztandarowych dzieł Lautreca, jak i czarno-białymi rysunkami, fotografiami i reprodukcjami. Czyta się świetnie, co oznacza, iż tłumaczka wykonała dobrze swoją pracę. 
Jestem pod ogromnym wrażeniem.
Ponieważ jednak uważał, że hulaszcze życie nie przeszkadza mu ciężko pracować, niepohamowane picie nie niszczy jego umiejętności i wyobraźni, a fizyczne upośledzenie wcale nie zmusza go do przestrzegania konwenansów, często sprawiał wrażenie, że sztuka wcale nie jest dla niego najważniejsza.  Str. 383
I jeszcze coś, co interesuje wszystkich bibliofilii. 
Mniej więcej w połowie lektury dotarło do mnie, iż brakuje mi informacji na temat upodobań literackich bohatera. Sprawa wyjaśniła się dopiero pod koniec lektury.
… Lautrec, podobnie, jak wielu francuskich arystokratów, manifestował postawę antyintelektualną. Jego czytelnicze gusta ograniczały się głównie do popularnych dzienników i tygodników, które zajmowały się przede wszystkim sensacjami dnia i zamieszczały erotyczne historyjki. Do takich właśnie czasopism rysował… 337-338
Thadee Natanson (polski wydawca i redaktor pisma) zauważył, że …gdy Henri był trzeźwy, jego uwagi dotyczące Balzaca wnikliwością ustępowały jedynie rozważaniom Prousta, lecz Henry był „o wiele bardziej ludzki”. …Trzeba jednak jasno powiedzieć, że towarzystwo intelektualistów interesowało Henriego tylko do pewnego stopnia. Str. 364
I na koniec najbardziej znane plakaty Henriego


Zdjęcia z Montrmartu mojego autorstwa obrazują kabarety, w których bywał  
O Toulouse-Lautrecu pisałam też tu